Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blob. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blob. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2013

Potwory i obcy - za co kochamy kino SF lat 50.

Lata 50. ubiegłego wieku pozornie nie były okresem sprzyjającym rozrywce. Świat dopiero co otrząsnął się po horrorze II Wojny Światowej. Megalomania kilku nawiedzonych dyktatorów zmieniła świat. Wynalazki i odkrycia naukowe zarówno fascynowały, jak i przerażały, gdyż ostatnia wojna wykazała, iż każda rzecz może posłużyć jako narzędzie zagłady. Równanie Einsteina znalazło na przykład nader interesujące zastosowanie, z powodu którego wszyscy zrozumieli, że kolejna wojna może oznaczać zagładę życia na Ziemi. Świat poznał znaczenie słów zarówno niegroźnych, jak "dziedziczenie", ja i niebezpiecznie brzmiących, jak "mutacja". Wiedzieli też, że straszliwa bomba "A" może te mutacje powodować.

W takiej atmosferze panikę mogło wzbudzić wszystko, każde doniesienie o czymś dziwnym lub dotąd nieznanym. Paleontolog
owie odkrywali skamieliny dinozaurów ogromnych ponad ludzkie wyobrażenie, znajdowano "brakujące" ogniwa - również związane z ewolucją człowieka. Zaczęto też zdawać sobie sprawę z rzeczywistego ogromu wszechświata. A na dodatek w 1947 roku pilot nazwiskiem Kenneth Arnold zauważył dziwne pojazdy, które nazwał "latającymi spodkami". W atmosferze powszechnego niepokoju wiara w istnienie obcych cywilizacji szybko się rozpowszechniała, ale jednocześnie mało kto wierzył w pokojowe zamiary kosmitów.

Niektóre osoby zdawały sobie z tego wszystkiego sprawę. Zwłaszcza za oceanem znaleźli się ludzie, którzy wiedzieli, że po wygranej wojnie (a jednocześnie w opozycji do zagrożenia ze strony ZSRR) ludzie są wpatrzeni w zwycięskie mocarstwa. Potęga USA jaśniała, jak nigdy i należało zrobić coś, żeby wiarę w tę potęgę zachować i rozwijać.

Na szczęście dla milionów ludzi, na świecie znalazły się aktorzy, scenarzyści i reżyserowie, o talencie często odwrotnie proporcjonalnym do ambicji, którzy chcieli ludziom zaserwować odtrutkę na wszystkie niepokoje. Chcieli tworzyć filmy, które w jakiś sposób ucieleśniałyby lęki, a jednocześnie ukazywały je jako coś niewątpliwie groźnego, ale możliwego do pokonania, jeśli tylko ludzie zewrą szeregi przeciwko wspólnemu wrogowi. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tamtych czasach fantastyka naukowa była uważana za tandetną rozrywkę dla mało wymagających, co sprawiało, że przez długie lata twórcy ci nie mogli znaleźć pieniędzy wystarczających do sprawnej realizacji swoich zamysłów. Tym sposobem Amerykę - a później cały świat - zalały filmy o niesamowicie niskim budżecie (niektóre filmy kosztowały mniej niż trzy samochody niższej klasy, a trzeba pamiętać, że w Stanach były one znacznie tańsze, niż gdzie indziej), fabule prostej jak technika zaludniania, prostych efektach wizualnych i z aktorami o co najwyżej przeciętnych umiejętnościach.

Filmy te można podzielić na dwie kategorie. Te, które traktowały o potworach, jak "Mucha", "Potwór z Czarnej Laguny" czy "Tarantula", należy zaliczyć do personifikacji lęków związanych z odkryciami nauki i możliwych konsekwencji z nimi związanych. We wszystkich filmach o potworach mamy do czynienia z podobnym schematem: jakiś naukowiec dokonuje odkrycia, które może naprawić świat, jednak na skutek nieuwagi lub celowego działania coś idzie nie tak, powstaje potwór, który niszczy wszystko, co napotka. Ktoś, najczęściej młodzi ludzie (co jest bardzo istotne, ale o tym za chwilę) wie, co się dzieje, mówi o tym, ale początkowo nikt nie daje im wiary. Protagoniści jednak nie dają za wygraną, skutkiem czego o sprawie dowiadują się władze: policja lub wojsko. Wtedy, wspólnym wysiłkiem wszystkich, bestia zostaje pokonana.

Charakterystyczne jest, że początkowo bohaterom nikt nie wierzy, musi niestety dojść do tragedii, by wszyscy zrozumieli, z czym mają do czynienia. Bohaterowie jednak nie rezygnują, lecz walczą, nawet narażając własne życie, gdyż rozumieją, jaka jest stawka. Jest to proste przesłanie: patrzeć uważnie, nigdy nie rezygnować, walczyć, gdyż ktoś inny może nie wypatrzeć wroga. Oczywisty jest też przekaz o działaniu zespołowym, owym "duchu drużyny", tak często promowanym w amerykańskich filmach. A jakie znaczenie ma wiek bohaterów? W latach 50., epoce powstającego rock and rolla, młodych ludzi rzadko traktowano poważnie, oni sami mogli być niezbyt pozytywnie nastawieni do władz. Tymczasem filmy, o których mowa, pokazywały jasno: "nie jesteście gorsi, macie nasze poważanie, w obliczu zagrożenia musimy działać razem". Jednocześnie starsi wiekiem widzowie mogli obejrzeć młodych, którzy w trudnej sytuacji stawali się odpowiedzialni i rozsądni. Ot, drobna lekcja tolerancji.

Filmy o obcych to nieco inna bajka. Te filmy są odzwierciedleniem lęku przed wojną i tym, co może ze sobą przynieść. Dowodem tego są produkcje takie jak "Wojna Światów", "The Blob" czy "Sklepik z horrorami". W filmach tych mamy do czynienia albo z jawnym najazdem obcych, albo też z ich oddziaływaniem na pojedyncze rzeczy lub osoby. W tym wypadku schemat jest nieco podobny do poprzedniego, z tym, że często ma miejsce charakterystyczny element: przeciwko obcej istocie zostaje użyta ziemska broń, która okazuje się nieskuteczna, za to wróg zostaje pokonany najczęściej za sprawą zaradności jednej lub kilku osób, które wpadają na przełomowy pomysł. O co tu chodzi? To proste: walka zbrojna jest ukazana jako coś zbędnego i niebezpiecznego dla nas samych (nieprzypadkowo w "Wojnie światów" użycie bomby atomowej nie przynosi efektu). Znacznie lepiej jest postawić na rozsądne działanie i umiejętnie wykorzystaną pomysłowość.

Filmy te, chociaż ogląda się je głównie podczas pokazów typu "Najgorsze filmy świata", wbrew pozorom wcale nie były więc i nie są bezwartościową rozrywką. Dawniej ludzie śmiali się z tych filmów, jak my dzisiaj – a jednak chodzili do kin. Kochali te nędzne niedoróbki, bo dzięki nim odrywali się na chwilę od rzeczywistości, której symbolem stała się bomba atomowa i samolot B-52. Kochali je, bo dostawali zakamuflowane zapewnienie, że ludzkość, mimo wszystkich swoich wad, chciwości i agresji, da sobie jednak radę. Dzisiaj natomiast filmy te są bezcennym źródłem informacji o lękach i problemach społecznych, z jakimi świat musiał sobie poradzić w tamtych czasach.

Na twórców filmów SF z lat 50. należy patrzeć z szacunkiem z jeszcze jednego ważnego powodu. Wszyscy znamy takie nazwiska jak F.F. Coppola, J. Cameron czy M. Scorsese. A ile osób wie, że każdy z nich pracował dla Rogera Cormana – jednego z największych producentów kina klasy "B"? To właśnie od niego znani dziś mistrzowie uczyli się, jak nakręcić możliwie efektowną scenę po najniższych możliwych kosztach, jak za kilkanaście tys. dolarów stworzyć film, który mógłby kosztować wiele razy więcej, jak najskuteczniej obudzić u widza lęk, wesołość, zachwyt czy obrzydzenie. Weźmy sobie taką choćby scenę z filmu "Terminator", bynajmniej nie zaliczanego do klasy "B". Dzięki swoim wczesnym doświadczeniom Cameronowi, gdy skończyły mu się fundusze i nie mógł wynająć hali fabrycznej, udało się nakręcić scenę zgniatania śmiercionośnej maszyny w prasie hydraulicznej za pomocą robota wyklepanego z folii aluminiowej i dwóch kawałków styropianu.


niedziela, 28 kwietnia 2013

Blob - kisiel z kosmosu atakuje



The Blob

USA 1958
scenariusz: Kate Phillips, Theodore Simonson
reżyseria: Irvin S. Yeaworth Jr.


Trwająca jeszcze edycja "Najgorszych filmów świata" czyli pokazu najbardziej kuriozalnych produkcji w historii kinematografii, to swego rodzaju wspomnienie czasów, kiedy po raz pierwszy pojawiła się telewizja satelitarna i mogłem oglądać stare filmy na obcojęzycznych kanałach. Niczego wtedy z nich nie rozumiałem, ale bawiłem się setnie - podobnie jak dzisiaj, kiedy oglądam je ponownie lub poznaję nowe tego typu produkcje. Przypadkiem złożyło się, że pierwszym filmem na mojej pierwszej edycji pokazu filmowych katastrof to "The Blob" z 1958 roku, ten sam, który oglądałem dokładnie 20 lat wcześniej, kiedy w naszym domu uruchomiono satelitę. 

Ten film to legenda - nie tylko dla mnie. Jest to bowiem - o czym mało kto pamięta - film, w którym pewien aktor zadebiutował jako bohater pierwszoplanowy. Aktor ten zresztą wstydził się występu w tym dziele, a był do tego stopnia przekonany o klęsce filmu, że kiedy zaproponowano mu: albo drobną zaliczkę i udział w zyskach, albo jednorazowa gaża, zdecydował się na to drugie. Aktor ten pluł sobie w brodę z tego powodu do końca życia. Wtedy nikt, łącznie z nim samym, nie wiedział, że to właśnie z jego powodu film stanie się kultowy, a za sprawą nieco późniejszego wynalazku - kaset video - zarobi krocie. Aktor, o którym mowa, to nie kto inny, tylko Steve McQueen. Zaskoczeni? Niesłusznie. Od ról, czasami drobnych, w filmach klasy "B" zaczynało wielu znanych później aktorów i reżyserów - i do dzisiaj nic się w tej kwestii nie zmieniło. Powtórzę to, co napisałem w jednym z poprzednich wpisów - jeśli aktor umie zachować powagę w czymś takim, to da sobie radę z każdą rolą.

A jaką rolę odgrywa Steve McQuenn? Pewnego nastolatka, który prowadzi zupełnie zwyczajne życie, aż pewnego razu, wraz z kolegami, odkrywa rannego mężczyznę. Człowiek ten miał rękę pokrytą różową galaretką, która spadła z meteorytem i zaatakowała go. Początkowo maleńka i niegroźna, atakuje i pochłania kolejnych ludzi, aż staje się ogromną grudą śluzu zagrażającą istnieniu miasteczka, a może i całego świata.

Skąd pomysł na potwora? W 1958 roku istniały już setki filmów o potworach i najeźdźcach z kosmosu. Były wielkie gady, zmutowane pająki, owady i inne bestie. Należało wymyślić coś nowego i absolutnie nieziemskiego, a przy tym taniego, gdyż filmy z gatunku SF nie mogły w tamtych czasach liczyć na wysoki budżet. Wymyślono więc bezkształtną amebę, która - jak przystało na krewniaka jednokomórkowca - jest niemalże niezniszczalna. W istocie - tytułowy "Blob" jest odporny na wszelką broń, ogień nie robi mu krzywdy. Jedyne, czego się boi, to lodówka, a właściwie zimno. Potwór taki był przy okazji niezwykle tani: wystarczyło tylko przyrządzić odpowiednio dużo kisielu i we właściwy sposób przetaczać go przed kamerą.

Użycie takiego, a nie innego stwora miało, jak wspomniałem, przyczynę finansową. Twórcy filmu byli w tak złej sytuacji, że nie stać ich było na przykład na budowę
makiety budynku kina atakowanego przez ogromną już masę kosmicznego kisielu. Zamiast tego użyli zdjęcia tegoż budynku, na które wylano kisiel. Niestety, podczas kręcenia sceny zdjęcie przesunęło się nieco pod wpływem spływającej mazi, ale nie było pieniędzy na nakręcenie powtórki. W efekcie widz ogląda "przerażającą" scenę ataku potwora na kino, spod którego nagle wyłania się biały brzeg fotografii i słoje stołu, na której leży.

Paradoksalnie techniczna strona filmu to jego najbardziej widoczna słabość, ale w zasadzie jedyna, a pozostałe niedostatku wynikają raczej z nieuwagi scenarzysty, rzadko z innych powodów. Młodzi aktorzy grają zaskakująco dobrze, starsi wiekiem są nieco sztuczni, ale w miarę naturalni. Inna sprawa to teksty. Główny bohater na każde pytanie odpowiada "nie wiem", przy czym widać, że raz się zapomina i zaraz poprawia. Pojawia się obowiązkowy w filmach tego typu dialog: "- Co to było? - Nie wiem, ale to najbardziej przerażająca rzecz, jaką w życiu widziałem" oraz równie obowiązkowa scena z dziewczyną, która wrzeszczy z przerażenia, trzymając się jednocześnie za twarz.

Ciekawostką jest muzyka, a właściwie utwór pojawiający się w czołówce. Jest to wesoła piosenka, kojarząca się nie tyle z horrorem, co raczej z meksykańską zabawą. Przyczyna tego jest prosta - jest to faktycznie muzyka meksykańska - plagiat w czystej postaci: wykorzystanie nutka w nutkę melodii meksykańskiego twórcy. Tenże twórca, jak się dowiedział, co zrobiono z jego utworem, tak się wściekł, że zechciał lecieć do Los Angeles i procesować się o odszkodowanie lub tantiemy. Kiedy jednak zorientował się, co to za film, uznał, że uzyskane w ten sposób pieniądze nie zwrócą nawet kosztów podróży, o procesie nie wspominając. Zapomniał więc o całej sprawie. Kilkanaście lat później pluł sobie w brodę - z tego samego powodu, co Steve McQueen.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt filmu, nieco niezauważany, ale ciekawy, a mianowicie na stosunki między nastolatkami a policjantami ukazanymi w filmie. Początkowo traktowani jak zwykli kawalarze, młodzi ludzie nie są jednak zupełnie ignorowani, a w odpowiednim momencie są wręcz uważani za równorzędnych bohaterów wydarzeń. Jest to ślad czasów powstania filmu: "Zimna wojna" trwała w najlepsze, ludzie spodziewali się wybuchu wojny atomowej, pamiętali aferę związaną z komisją McCarthy'ego, należało więc przywrócić ludziom zaufanie do władz. Współpraca "cywilów" i policji w filmie to działanie jak najbardziej celowe i charakterystyczny dla tamtego okresu sposób ukazania społeczeństwu zalety gry w drużynie.
 
Kiedy mowa o tym filmie, nie sposób wspomnieć o remake'u nakręconym 30 lat później. Jest on żywym dowodem na to, że dobre efekty specjalne nie muszą być gwarantem zabawy. Film jest niby dopracowany, dialogi - bardziej sensowne, gra aktorów też lepsza... niemniej remake'owi czegoś brakuje, tego elementu, który sprawi, że po latach będzie się chciało go ponownie obejrzeć, chociażby dla śmiechu. Remake zdobył swego czasu sporą popularność - jednak oryginału pod tym względem nigdy nie przebije. Zabrakło w nim znanej twarzy oraz niepowtarzalnej atmosfery typowej dla "Monster Movies", nie do osiągnięcia w wysokobudżetowych produkcjach.

Polecam więc gorąco "The Blob" - właśnie ten z 1958 roku. Warto go obejrzeć chociażby po to, żeby zobaczyć, jak wyglądał młody McQueen i jak grał. Polecam go też dlatego, że jest pierwszorzędną (choć niezamierzoną) komedią, nawet jeśli jako horror zupełnie się nie sprawdza. Chociaż... pod koniec filmu jeden z bohaterów mówi: "Jesteśmy bezpieczni, jak długo na Antarktydzie nie zrobi się ciepło". A co z globalnym ociepleniem?