Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Spielberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Spielberg. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 marca 2014

Przygody Tintina - tajemnica powstania Indiany Jonesa

The Adventures of Tintin

Belgia, USA 2011
Scenariusz: Steven Moffat, Joe Cornish, Edgar Wright
Reżyseria: Steven Spielberg

Steven Spielberg to jakość sama w sobie. Stworzył lub przyczynił się do stworzenia wielu filmów, z których jedne były bardziej ambitne, inne służyły głównie rozrywce, ale żadnej z jego produkcji nie można zarzucić tandety, kiczu czy złego wykonania. Przede wszystkim jednak nazwisko Spielberga kojarzy się z genialnym kinem przygodowym, którego wspólnym mianownikiem pozostają: fascynujący główny bohater, wartka akcja z odrobiną humoru oraz tajemnica w tle. Skąd zamiłowanie Spielberga do takich filmów? Jak sam kiedyś przyznał - wszystko za sprawą belgijskiego komiksu o przygodach młodego dziennikarza znanego setkom milionów czytelników na całym świecie jako Tintin.

sobota, 13 lipca 2013

Super 8 - horror dla całej rodziny

Super 8

USA 2011
Scenariusz i reżyseria: J. J. Abrams


W oczekiwaniu na "Pacific Rim" jakoś mnie ostatnio wzięło na powtórkę filmów o potworach. I - o dziwo - za najciekawszy uznałem nie żaden z klasyków, ale produkcję nie dość, że raczej nową, to w dodatku nietypową, którą zakwalifikować można jako horror familijny. Chodzi mianowicie o "Super 8" J.J. Abramsa. Twórca ten zasłynął z "Zagubionych", jednego z najdziwniejszych seriali ostatnich lat, a także uznawanego za niezbyt udany (nie wiem, dlaczego) "Cloverfield". Jak widać reżyser lubi pofantazjować, ale jednocześnie chce, żeby jego bohaterowie byli ludźmi nieprzeciętnymi, często samotnymi, pokrzywdzonymi przez los, ale gotowymi stawić czoła przykrej rzeczywistości, a w porywach zmieniający się niemal w herosów. Brzmi jakby znajomo... kimś podobnym byli bohaterowie filmów przygodowych z końca ubiegłego wieku.

W latach 70. i 80. nie brakowało filmów przygodowych, które często ocierały się o fantastykę. Przodował w nich Steven Spielberg. On właśnie zainspirował Abramsa do napisania scenariusza filmu "Super 8", który miał nawiązywać do tamtych czasów i był swego rodzaju hołdem dla Spielberga za natchnienie. Ba, nawet miał dziać się 30 lat temu! Pomysł spotkał się z zainteresowaniem samego Spielberga, który niejednokrotnie pomagał Abramsowi w niektórych momentach. Jego wolą było mianowicie, by film jedynie nawiązywał do tamtych dzieł, ale nie kopiował ich. Skutkiem tego powstał film o jakby znanej konstrukcji, ale nie do końca przewidywalny i zaskakujący.

niedziela, 2 czerwca 2013

1941 - Bitwa o Los Angeles

1941

USA, Japonia 1979
scenariusz: Bob Gale, Robert Zemeckis
reżyseria: Steven Spielberg

W 1941 r., kiedy w Europie już trzeci rok trwała wojna, nieświadomi niczego Amerykanie żyli jak gdyby nigdy nic się nie działo. Owszem, zarabiali niezłe pieniądze na sprzedaży uzbrojenia Aliantom, ale nie przejmowali się wojną. Dzieliły ich od niej przestrzenie obu oceanów. Ten błogostan skończył się 7 grudnia, kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i udowodnili, że odległość to tylko drobna niedogodność. W zaskoczonej i upokorzonej Ameryce zawrzało, izolacjoniści usunęli się w cień. Kraj szykował się do wojny i szybko okazało się, że jest do niej totalnie nieprzygotowany - ba, nawet nie umie korzystać z doświadczeń sojuszników. 

Dowiodło tego pewne niewyjaśnione do dziś wydarzenie, znane dziś jako Bitwa o Los Angeles. Kiedy Stany obrywały od Japończyków raz za razem, a w kraju wielu wierzyło, że japońska inwazja jest tuż-tuż, nocą 23 lutego japoński okręt podwodny ostrzelał miasto na zachodnim wybrzeżu USA. Zniszczeniu uległ raptem jeden zbiornik z paliwem, ale na wybrzeżu zapanowała histeria. Może dlatego, kiedy w nocy 25 lutego 1942 obserwatorzy w Los Angeles zauważyli światło na niebie, zapanował straszny chaos. Zapalono reflektory, nakazano wygasić światła i zaczęto strzelać. Oczywiście tajemniczego obiektu nie zestrzelono, za to zmarnowano 10 ton amunicji, spowodowano zniszczenia za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a parę osób zmarło na zawał ze strachu lub na skutek ognia przeciwlotniczego (!). 

Historia ta była - co zrozumiałe - raczej wstydliwym epizodem, dlatego widzowie początkowo bardzo niechętnie przywitali film Spielberga "1941" nawiązujący do tamtych wydarzeń (stąd tytuł wpisu). Film ten, pomyślany jako komedia, początkowo nie przypadł Amerykanom do gustu, uważano go za niezbyt śmieszny (wszedł na ekrany niedługo po zakończeniu Wojny Wietnamskiej, więc Amerykanie nie chcieli, by przypominać im o innym upokorzeniu). Co ciekawe, sam Spielberg uważał go za swego rodzaju odskocznię i nie planował wielkiego sukcesu. Po części tak się stało - film odniósł sukces kasowy, ale znacznie mniejszy, niż np. wcześniejsze "Szczęki". Film doceniono dopiero po wielu latach, kiedy po śmierci Johna Belushi "odkryto" ponownie jego rolę w tym właśnie filmie.

Streścić fabułę "1941" jest trudno, gdyż jego akcja przedstawia dzień (konkretnie: 13 grudnia 1941 roku) z życia kilkorga bohaterów, których losy przypadkiem łączą się tego dnia. Pewien młodzieniec startuje w konkursie tańca, walcząc (dosłownie!) o dziewczynę z kapralem Sitarskim (świetna rola Treata Williamsa) i przypadkiem sam zostaje bohaterem walcząc z Japończykami. Pewien niskiej rangi oficer, chcąc zrobić wrażenie na koleżance, zabiera ją na "wycieczkę" samolotem, który zostaje wzięty za japoński bombowiec. Ściga go między innymi kapitan "Wild" Bill Kelso, który - ogarnięty szałem bitewnym - ściga Japończyków mających rzekomo lotniska na terenie USA. A do tego u wybrzeży pojawia się japoński okręt podwodny, który chce dokonać jak największych zniszczeń na terenie "Fabryki Snów", by zniszczyć morale Amerykanów.

Trzeba wiedzieć, jak bardzo Stany Zjednoczone były zaskoczone wojną i jak bardzo życie tam różniło się od życia ogarniętej pożogą wojenną Europie, żeby docenić ten film. Spielberg nie przesadził, kiedy ukazał generała lotnictwa oglądającego w spokoju "Dumbo" (który to film faktycznie miał wtedy premierę), podczas gdy na zewnątrz trwa alarm lotniczy. Nie przesadził, ukazując pozostawienie przez wojsko bez opieki działa przeciwlotniczego na podwórku pewnej rodziny zachwyconej nową "zabawką". Nie przesadził z ostrzałem własnych samolotów ani z antyjapońską histerią - Amerykanie widzieli wroga dosłownie wszędzie i nawet wystrzał z rury wydechowej samochodu mógł wywołać alarm bojowy, a co dopiero przelatujący samolot - nawet z własnymi znakami na skrzydłach!

Jak to często bywa, twórcom udało się przekazać parę ciekawych prawd o rzeczywistości tamtych czasów. Jeden z żołnierzy jest Murzynem, co dzisiaj może nie jest niczym nadzwyczajnym, ale wówczas - owszem, było nieco dziwne. Jest bowiem faktem, że właśnie służba w wojsku była jednym ze sposobów uniknięcia, przynajmniej w pewnym stopniu, segregacji rasowej. Film ukazuje też w "krzywym zwierciadle" ówczesnych wrogów - Japonię. Załoga okrętu podwodnego nie radzi sobie z kompasem, lunapark bierze za fabrykę, a na dodatek nie mają radia, bo dopiero zastanawiają się nad jego "miniaturyzacją", by móc je wcisnąć na pokład. Wbrew pozorom, nie ma w tym wiele przesady - nowoczesna, wiodąca prym w rozwoju technologii Japonia miała dopiero nadejść.

Moim zdaniem o ostatecznym sukcesie filmu przesądzili aktorzy. Wspomniałem już takie nazwiska jak Treat Williams czy John Belushi, który w roli pilota-paranoika "Dzikiego" Billa jest po prostu tak obleśny, ze aż wspaniały. W filmie pojawia się też Dan Aykroyd jako sierżant i mimowolny autor jednego z najbardziej pompatycznych znanych mi przemówień patriotycznych oraz John Candy który radośnie jeździ czołgiem po samochodach. Nie mogę też zapomnieć o krótkiej, ale świetnej roli Christophera Lee w roli niemieckiego oficera wspomagającego Japończyków swoją wiedzą - zachowuje się i mówi jak rasowy przedstawiciel "rasy panów". W filmie pojawia się wielu innych aktorów zaliczanych dzisiaj do ścisłej czołówki tamtych lat. Warto wspomnieć, że postacie przez nich grane używają języków krajów, z których pochodzą.
Zapomniałbym dodać, że "1941" zaczyna się dokładnie tak samo, jak "Szczęki". Aktorka również jest ta sama. Reszta... przekonajcie się sami. Wszystko razem sprawia, ze filmowi temu przyznaję 9 punktów na 10. Przy czym ocenę zawyża fakt, że znam historię USA i wiem, co się tam faktycznie działo w czasie wojny.