Neverwhere
Wielka Brytania 1996
Scenariusz: Neil
Gaiman, Lenny Henry
Reżyseria: Dewi
Humpreys
Neil Gaiman to jeden z najlepszych autorów, jakich znam.
Tworzy powieści z pogranicza jawy i snu, ich fabuła lawiruje między fantastyką,
dramatem, komedią i horrorem – taka dziwaczna surrealistyczna i czasami nieco
makabryczna mieszanina. Nie znam innego współczesnego autora, który umiałby (i ośmieliłby
się) napisać bajkę dla dzieci dziejącą się na… cmentarzu. Jego powieści podobają
mi się z jeszcze jednego powodu: Gaiman jest – podobnie jak ja – urodzonym mieszczuchem,
a bohaterowie jego powieści również w zasadzie nie ruszają się za miasto i to
właśnie w miejskiej zabudowie przeżywają wszystkie przygody do tej pory
zarezerwowane raczej dla bohaterów jeżdżących konno od wioski do wioski.
Jednym z pierwszych dzieł Gaimana był scenariusz do sześcioodcinkowego
serialu o wdzięcznym tytule „Nigdziebądź”. Bohaterem serialu jest młody człowiek
imieniem Richard. Ma dobrze płatną, ale nudną pracę i ładną, ale pustą i próżną
narzeczoną. Wracając z przedstawienia, na które nie miał ochoty iść, ale
poszedł „bo tak wypada” spotyka ranną, obdartą dziewczynę. Mimo prostestów
narzeczonej zabiera ją do domu. Tam dowiaduje się, że nieznajoma nazywa się Drzwi
(tak po prostu). Kiedy dziewczyna dochodzi do siebie, odchodzi, ale uprzedza
Richarda, że sam kontakt z nią zmieni jego życie.
