Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarne lustro - czy naprawdę upadliśmy tak nisko?

Black Mirror

Wielka Brytania 2011-2012
Scenariusz: Charlie Brooker

Czarne Lustro to przeciwieństwo magicznego lustra z "Królewny Śnieżki". Nie dowiemy się z niego, kto jest najpiękniejszy w świecie. Ono ukazuje nam, jak nisko upadliśmy i jak nisko upaść jeszcze możemy. Dziękujmy za to mediom - ale przede wszystkim sobie. Nie oszukujmy się - media kształtują nas w tym samym stopniu, w jakim my kształtujemy media. One produkują to, czego my chcemy. Szokują nas, budzą wstręt i obrzydzenie - ale nie byłoby tego, gdybyśmy tego nie chcieli. A chcemy coraz więcej i więcej: więcej przemocy, bluźnierstw, łamania barier, a coraz mniej myślenia i tego, co nazywano człowieczeństwem.

W 2011 Charlie Brooker, brytyjski twórca znany z kontrowersyjnych pomysłów napisał scenariusz do bardzo nietypowego serialu będącego czymś, co mogę nazwać mieszanką dramatu, horroru psychologicznego i niewielkiej domieszki fantastyki. Serial składa się z dwóch sezonów liczących po trzy 45-minutowe odcinki, z których każdy opowiada nieco inną historię. Wszystkie łączy jedna rzecz: życiem ludzi w przedstawionym świecie rządzą media i portale społecznościowe. Serial osadzono w przyszłości odległej czasem o kilka lat, czasem o kilkadziesiąt, ale nie ma wątpliwości, że każdy odcinek ukazuje nam to, co jest tu i teraz.

Pierwsze spojrzenie w Czarne Lustro ukaże nam najpierw premiera Wielkiej Brytanii, który pewnego dnia dowiaduje się, że ktoś porwał pewną nastolatkę. Zginie ona, jeśli o ustalonej godzinie wszystkie telewizje w kraju nie pokażą, jak premier dopuści się stosunku seksualnego ze zwierzęciem. Specjaliści są zgodni: ludzie stają po stronie znanej blogerki i ulubienicy Youtube'a i nalegają, by premier poświęcił swoją godność. Spojrzenie drugie to osadzona w nieco dalszej przyszłości opowieść o ludziach spędzających ogromną większość życia w wirtualnym świecie, nieumiejących już prawie rozmawiać ze sobą. Nie pracują, nie uczą się - przez cały niemal czas oglądają krzykliwe reklamy, teledyski, filmy dozwolone od lat 21, idiotyczne reality-show i grają w brutalne gry. Ale prawie nikomu to nie przeszkadza. Historia trzecia opowiada o grupie przyjaciół, którzy świetnie bawią się rozpamiętując pewne wydarzenia ze swojego życia - umożliwia im to "ziarno", specjalny chip nagrywający wspomnienia w formie filmów, które można odtwarzać na ekranie telewizora. Wspomnienia nie niosą już praktycznie żadnych emocji - można za to świetnie się rozerwać oglądając czyjeś radości, niepowodzenia czy nawet sytuacje intymne jego oczami.

Drugie spojrzenie w Czarne Lustro to kolejne trzy historie. Pierwsza z drugiego sezonu, czyli czwarta, ukazuje kobietę, która rozpacza po śmieci męża, postanawia więc stworzyć sobie jego wirtualną wersję. Rzeczona wersja musi co i raz przypominać, że jest tylko sztucznym tworem, gdyż najwyraźniej ktoś stracił rozeznanie, czym jest rzeczywistość. Opowieść piąta ukazuje polowanie na kobietę, która budzi się w mieszkaniu, nie pamięta kim jest ani co robiła, zanim się tam znalazła. Kiedy wychodzi na zewnątrz, okazuje się, że czeka już na nią kilka uzbrojonych osób. Ich celem jest zadać jej ból i cierpienie - a wszystkiemu przygląda się zafascynowany tłum nagrywający filmy na kamerach i komórkach. Bohaterem ostatniego odcinka jest mężczyzna pracujący jako głos animowanego misia - wulgarnej i chamskiej postaci z kreskówki, którą właśnie z tego powodu wszyscy uwielbiają. Uwielbienie przeradza się w ślepy fanatyzm, kiedy animowany miś nakazuje ludziom bojkotować wybory, gdyż wszyscy politycy kłamią, a poza tym i tak niczego się nie da zrobić, więc po co próbować? Kiedy uwielbiana postać namawia do aktów przemocy, również nikt nie protestuje.

Ascetyczna czołówka budzi pewien niepokój, który towarzyszy przez cały czas trwania odcinka i pozostaje jeszcze długo po tym, jak znikają napisy końcowe. Chciałbym powiedzieć, że opowiedziane historie są jedynie wytworem chorej fantazji scenarzysty, ale nie mogę. Brooker pokazał bowiem stan faktyczny - pokazał, co zrobiły z nami portale społecznościowe, programy o ludziach, co mają talent, reality-show oraz coraz bardziej chamskie i brutalne filmy adresowane rzekomo do dzieci. Zastanówmy się: istniały już programy, w których (czasem uczestnicy byli tego świadomi, czasem nie) namawiano pary, by wymieniły się partnerami, singli - by rozbijali pary, a samotnych mężczyzn - by próbowali poderwać transwestytę. W każdym wypadku pojawiały się pojedyncze głosy, że to chore, niemoralne, nieludzkie - głosy te jednak skutecznie zagłuszały rosnące słupki oglądalności. Nic nie było zbyt obrzydliwe i zbyt bluźniercze, na wszystko znajdowali się widzowie.

Nie inaczej jest z wpływem mediów na ludzi. Od lat wielu mądrzejszych ode mnie zastanawiało się - czy media kształtują ludzi czy odwrotnie? Serial Brookera daje odpowiedź dość jednoznaczną: media są jakie są, gdyż ludzie sami tego chcą. Więcej przemocy, więcej perwersji, więcej bezpardonowego wchodzenia z butami w cudze życie. A jeśli uda się przy okazji komuś zniszczyć życie - tym lepiej. Ludzie jakoś tak mają, że lubią oglądać cudze życiowe porażki, cieszą się widząc łzy rozpaczy i poniżenia. Nie łudźmy się - wiele osób czekałoby z niecierpliwością mogąc zobaczyć upokorzenie znanej postaci, zwłaszcza polityka i żadna prośba ani groźba nie nakłoniłaby ich do wyłączenia telewizora. Wielu ludzi gotowych byłoby na złamanie wszystkich swoich zasad i porzucenie najbliższych w zamian za parę minut sławy w programie wątpliwej reputacji. Wiele osób pali się do tego, by poznać najdrobniejsze szczegóły życia intymnego innych, traktując to jako dobrą rozrywkę. Mnóstwo ludzi nazywa "przyjaciółmi" tych, których nigdy nie widzieli na oczy, a porozumiewali się jedynie za pośrednictwem Facebooka. O tym, że w miejscach wypadków i katastrof gromadzą się tłumy nie po to, by pomagać, ale po to, by filmować, nie trzeba nikogo przekonywać. Wreszcie nikogo chyba nie muszę przekonywać, że młode pokolenie chowane jest w podobnym duchu, między innymi za sprawą bajek, które nie niosą żadnych wartości, są pełne bezsensownej przemocy i zawierają "humor" oparty jedynie na bekaniu, wulgarności, przekleństwach i bezsensownej przemocy. Nie trzeba też przekonywać, że żyjemy w społeczeństwie, które lubi narzekać na istniejący stan rzeczy, ale nie robi absolutnie nic, żeby to zmienić. Wielu chce zniszczyć to, to jest, ale nie ma żadnego pomysłu na budowę nowego. Nie ulega też wątpliwości, że poziom debaty publicznej osiągnął dno ukazane w serialu - przynajmniej w Polsce: miejsce rzeczowych argumentów zajęły wyzwiska i próby ośmieszenia rozmówcy.

"Czarne Lustro" to chyba najbardziej wstrząsający obraz, jaki oglądałem kiedykolwiek na ekranie telewizora. W kilku miejscach surrealistyczny, czasem pewne zjawiska celowo wyolbrzymiono. Jednak obraz społeczeństwa ukazany w serialu jest na tyle sugestywny, że nie pozwala dostrzec ewentualnych wad - po prawdzie po obejrzeniu już pierwszego odcinka nie mogłem patrzeć na swoje odbicie w lustrze i było mi autentycznie wstyd, że swego czasu wszedłem na jakąś stronę internetową czy obejrzałem ten bądź inny filmik nie zastanawiając się po co właściwie tracę w ten sposób czas

"Czarne Lustro" dostaje u mnie bardzo silne "9". Jeden punkt odejmuję za odstający od reszty odcinek pierwszy drugiego sezonu - zbyt melodramatyczny i nietrzymający w napięciu. Niemniej serial jako całość polecam gorąco.

poniedziałek, 16 września 2013

Inwazja - udana wariacja na temat Porywaczy Ciał

The Invasion

Australia, USA 2007
Scenariusz: David Kajganich
Reżyseria: Oliver Hirschbiegel, James McTeigue

W 1956 roku nakręcono film raczej nie należący do wysokobudżetowych produkcji - "Inwazję Porywaczy Ciał", oparty na powstałej rok wcześniej powieści Jacka Finneya. Film o obcych wcielających się w ludzkie ciała, wyglądających jak ludzie, ale pozbawionych emocji i uczuć, stał się wielkim przeboje. Inspirowali się tym filmem wielcy pisarze SF, w tym Heinlein i Dick. Na jego podstawie powstało też - niestety - kilka mniej lub bardziej nieudanych remake'ow. Twórcy ich zapomnieli jednak, że siłą oryginału nie były efekty wizualne (w tych "dziełach" przekraczające momentami granice dobrego smaku), ale atmosfera.

Nie zapomnieli o tym na szczęście twórcy filmu "Inwazja". Nie silili się na stworzenie worka pełnego wizualnych "cudów"; postanowili - wzorem ducha pierwszego filmu i powieści - stworzyć nie tyle film SF, co raczej thriller, w którym fantastyka byłaby tłem. Zaczyna się więc niewinnie - od fragmentów relacji telewizyjnych ukazujących katastrofę promu kosmicznego. Porozrzucane szczątki zbiera policja i wojsko. Widzimy też, że przypadkowa kobieta kaleczy się o jeden ze szczątków, na którym znajduje się jakiś śluz. Potem przenosimy się do gabinetu pewnej pani psycholog. Rozmawia ona z jedną ze swoich pacjentek, która twierdzi, że jej mąż jest jakiś inny. Początkowo zrzuca to na objaw nowej epidemii grypy, o której mówi się w mediach. Później idzie z synem do domu znajomych - tam widzi kolegę syna, który wydaje się nieobecny. Wreszcie stwierdza, że zmienił się też jej były mąż. Wiedziona ciekawością, zaczyna szukać informacji i dowiaduje się, że wiele osób jest przerażonych tym, co się dzieje z bliskimi. Zdaje też sobie sprawę, że zaczyna ją obserwować wiele przypadkowych osób. Po kontakcie ze znajomym lekarzem dowiaduje się, że domniemana grypa to wirus dotąd nieznany, a ludzi nim zakażonych jest coraz więcej. Rozumieją, że Ziemi grozi inwazja z kosmosu.

Jako film fantastyczny "Inwazja" silnie nawiązuje do dzieła, na podstawie którego powstała. Jednocześnie film nieco uwspółcześniono i, w pewnym sensie, zwiększono jego realność. W relacjach telewizyjnych pojawiają się fragmenty autentycznych nagrań, np. z katastrofy promu "Columbia" czy zamieszek w Iraku. W filmie z 1956 mamy organizmy, które udawały ludzi. Zastąpienie takich istot wirusem uważam za dobry pomysł, zwłaszcza że charakterystyka patogenu została przeprowadzona dość rzetelnie pod względem naukowym - podobnie wiarygodnie wypadają sposoby poszukiwania lekarstwa. O wiele lepiej, niż we wspomnianych nieszczęsnych remake'ach, ukazano zachowanie ludzi, którzy są jeszcze zdrowi, ale chcą ukryć się w tłumie zakażonych: zamiast niemalże robotów mamy ludzi, którzy z trudem nad sobą panują, umieją zachować zimną krew, ale tylko krok dzieli ich od histerii i chęci ucieczki.

"Inwazja" jest przede wszystkim znakomitym thrillerem. Co ciekawe, nawet widz nieznający opisu filmu szybko zorientuje się, że bohaterowie mają do czynienia z inwazją z kosmosu - jednak twórcom udało się umiejętnie podtrzymać stan napięcia do samego końca. Najpierw wywołuje go niepokój wywołany nową, nietypową sytuacją. Potem lęk, że bohaterka lub jej syn staną się ofiarą zarazy. Wreszcie zaczyna się walka o przetrwanie i próby ucieczki w bezpieczne miejsce. Ale czy są jeszcze ludzie niezarażeni? W pewnym momencie zaczyna być trudno odróżnić zdrowych od zarażonych. Dokąd bohaterka ma uciec? Komu zaufać? A kiedy orientujemy się, że zdrowych może już nawet nie być, zaczyna się robić naprawdę strasznie.

Ważną rolę odgrywa w tym filmie umiejętna praca kamerzysty i montażysty. Początkowo ujęcia są długie, sceny - raczej statyczne. Później, kiedy akcja przyspiesza, ruchy kamery stają się lekko przyspieszone, jakby nerwowe, a sceny trwają po kilka sekund. Nie wywołuje to jednak wrażenia chaosu, ale przeciwnie - podkreśla stan ciągłego napięcia, w jakim żyją bohaterowie. Bardzo dobrze oceniam też grę aktorów - może z wyjątkiem Nicole Kidman. Główna bohaterka niestety nie umie ukryć emocji i w wypadku prawdziwej inwazji obcych szybko padłaby ich ofiarą. Patrząc na jej nerwowe ruchy i spojrzenia, dziw bierze, że zarażeni nie orientują się w jej prawdziwym stanie. Nawet jej syn radzi sobie lepiej. Na szczęście jest to jedyny element gry Kidman, który mi się nie podobał - jako zrozpaczona matka desperacko szukająca drogi ucieczki dla siebie i syna wypada świetnie.

Inną wadą filmu - zwłaszcza w porównaniu z oryginałem - jest mniejsza "obcość" i szkodliwość obcych. Z relacji telewizyjnych dowiadujemy się, że ich obecność na Ziemi rozwiązała sporo problemów. Nie tylko międzynarodowych, ale i w życiu prywatnym. Ludzie opanowani przez wirusa zachowują na tyle dużo ze swojego życia, że można zadać sobie pytanie: czy ten wirus naprawdę jest taki zły? Szczególnie, że zdrowi ludzie wcale nie wydają się o wiele lepsi niż ci niby "obcy". Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że oryginał nawiązywał do zauważanego w latach 50. problemu - w czasach Zimnej Wojny jednostka znaczyła mniej, niż ogół, walka z prawdziwym lub domniemanym wrogiem zniszczyła wiele karier i życiorysów. "Inwazja Porywaczy Ciał" miała być z jednej strony ostrzeżeniem, by baczyć na ludzi udających przyjaciół (potencjalnych szpiegów na przykład), a z drugiej - by nie przesadzić i w tej całej paranoi zachować ludzkie uczucia. W "Inwazji" wydaje się wręcz, że to właśnie wrażliwość i emocje jest naszym problemem. Odbiór jakby przeciwny do zamierzonego przesłania.

"Inwazja" to jednak całkiem niezły thriller, w którym bardzo umiejętnie wykorzystano wątki z "Inwazji Porywaczy Ciał". Nie osiągnął wielkiego sukcesu; przez chwilę się o nim mówiło, po czym zniknął. W moich oczach jednak zasługuje na uwagę jako przykład szczególnie udanego "odgrzewanego kotleta", jak to mówią, gdyż podano go jednak z zupełnie innymi przyprawami. Dlatego - mimo wspomnianych wad - ma u mnie ocenę 8/10.

sobota, 7 września 2013

Battle Royale - skoro dzieci lubią przemoc, to im ją dajmy

Battle Royale

Japonia 2000
Scenariusz: Kenta Fukasaku
Reżyseria: Kinji Fukasaku

Rok temu wielki sukces odniósł film "Igrzyska Śmierci". Możliwe, że wstrząsająca opowieść o polujących na siebie dzieciach nie powstałaby nigdy, gdyby nie pewien znany głównie w kręgach miłośników kultury japońskiej film Kinji Fukasaku - "Battle Royale".

Film ukazuje niedaleką przyszłość Japonii. Okazuje się, że utrzymanie dyscypliny wśród młodzieży jest trudne, dlatego zastosowano specjalny środek zaradczy. Otóż raz w roku odbywa się losowanie, w wyniku którego uczniowie jednej klasy zostają uśpieni i porwani na teren niewielkiej wyspy. Tam budzą się z obrożami na szyjach, których przeznaczenie jest na razie nieznane. Potem pojawia się szef ośrodka i informuje wszystkich uczniów, że mają wziąć udział w grze "Battle Royale" polegającej na tym, że każdy z uczestników dostaje jedną sztukę losowo wybranej broni - jedni dostana broń palną, inni - pokrywkę od garnka. Następnie zostaną wypuszczeni, a ich zadaniem będzie na siebie polować. Ostatnia żywa osoba będzie mogła opuścić wyspę. Wcześniej próby ucieczki będą udaremnione przez wysadzenie ładunku wybuchowego umieszczonego w obroży.

Film powstał w oparciu o powieść Koushuna Takami pod tytułem "Batoru rowaiaru", który opisuje niedaleką przyszłość Japonii, a konkretnie - jej szkolnictwa. Autor powieści, miłośnik tradycji, raczej z niechęcią patrzył na młodzież ulegającą w jego oczach degrengoladzie, jednak dobrze wiedział, że trend ten raczej się nie zmieni i trzeba go odpowiednio ukierunkować. Dlatego w jego powieści nie ma jednoznaczności - żadna z postaci nie jest kryształowo dobra ani skrajnie zła. Każda ma swoje racje. Szef ośrodka tylko przez chwilę wydaje się demonicznym fanatykiem nienawidzącym dzieci, jednak wystarczy odczekać kilka minut, by przekonać się, że z jego podopiecznymi nie da się postępować inaczej: ich wrogość do dorosłych, niechęć podporządkowania się jakimkolwiek zasadom sprawiają, że przemawia do nich jedynie groźba, rozkaz i przemoc.

Film jest - moim zdaniem - dobrym obrazem mentalności przeciętnego nastolatka, również rodzimego. Iluż to z nas, będąc w wieku lat nastu, uważało się za nieśmiertelnych i nietykalnych? Ilu z nas miało gdzieś wszelkie zasady i ograniczenia? Ilu z nas musiało przekonać się bardzo boleśnie o tym, jak ważne jest istnienie i przestrzeganie tychże zasad? Każdy nastolatek ukazany w filmie, niezależnie od płci, jest na swój sposób niepokorny. Niektóre jednostki są spokojniejsze i bardziej rozważne od innych - co nie przeszkadza jednak w sprzeciwianiu się woli dorosłych "dla zasady" w niektórych momentach. Konieczność udziału w grze sprawia, że dzieciaki nagle wpadają w przerażenie - jak to, mają zostać ukarani? Często nawet nie zdają sobie sprawy za co. Pierwszą reakcją jest nawet nie strach, ale bunt. Ukazano też świetnie, że nastolatki często nie do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji tego, co robią, a przy okazji są egoistami: niektórzy uczestnicy gry uważają grę za rozrywkę - tak długo, dopóki im samym nie dzieje się krzywda, bo wtedy to jest wielki płacz. Brzmi to cynicznie wobec ogromu okrucieństwa ukazanego w filmie, ale tak to odbieram.

Film jest jednak na swój sposób odmienny, nakręcony w innej od europejskiej kulturze i przyznam, że w wielu momentach odbieram go zapewne inaczej, niż chcieliby tego twórcy. Na przykład w grze bierze udział około 40 dziewcząt i chłopców. Imiona niektórych poznajemy dopiero, gdy umierają. Ich śmierć czasami jest przypadkowa lub podjęta nagłą decyzją "właściwie to ja nie mam szans, mam dość, chcę umrzeć", po czym następuje zbiorowe samobójstwo - scena taka trwa raptem parę sekund i zanim widz zdąży się zorientować, co się stało, następuje przeskok do kolejnej historii. W moim przypadku sprawiło to niestety, że zacząłem traktować kolejne zgony instrumentalnie i nie obudziły one we mnie żadnych emocji. Poza tym każda śmierć jest dość krwawa, a cały film - bardzo brutalny, co u mnie - osoby z trudem znoszącej filmy gore - wywołuje odruch obrzydzenia, ale bynajmniej nie współczucia.

Niemniej, sam pomysł filmu i gra ukazana w filmie są na tyle wstrząsające, że pozostają w głowie na długo. Pojawiają się tez pytania na temat stanu współczesnej młodzieży - coraz częściej słyszymy przecież doniesienia o bójkach na terenie szkoły, narastającej agresji, również wobec nauczycieli. Człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie - kto wie, może taka "Battle Royale" jest jedynym rozwiązaniem nakręcającej się spirali agresji wśród młodych? I już za to film dostaje ode mnie 7 punktów na 10. Wielbicieli filmu przepraszam, że nie więcej, ale kultura japońska jest dla mnie jednak zbyt obca i do końca jej nie rozumiem. Podobnie, jak zapewne nie zrozumiałem czegoś z filmu.

piątek, 23 sierpnia 2013

Europa Report - raport jak prawdziwy

Europa Report

USA 2013
Scenariusz: Philip Gelatt
Reżyseria: Sebastian Cordero

Pod koniec lat 90. bezzałogowa sonda Galileo dotarła do jednego z księżyców Jowisza - Europy. Badania wykazały, że pod lodem pokrywającym księżyc mogą znajdować się oceany. W podobnych warunkach powstało życie na Ziemi - można więc zadać sobie pytanie, czy jakieś formy życia, choćby i bardzo prymitywne, nie powstały i tam? Film "Europa Report" to próba odpowiedzi na pytanie, jak mogłaby wyglądać misja załogowa na inne ciało niebieskie, a także poszukiwania życia pozaziemskiego.

Film nawiązuje do opisanej misji. Na początku dowiadujemy się o odkryciu na Europie przez bezzałogowe sondy wody, podziemnego oceanu, a także (co jest już wymysłem scenarzysty) umieszczonego pod lodem źródła ciepła. Wskazywałoby to na obecność kominów geotermalnych - miejsc, w których woda byłaby ogrzewana przez ciepło docierające z wnętrza Europy. Dlatego agencje kosmiczne jednoczą wysiłki w celu wysłania załogowej misji na ten księżyc. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem - potem jednak zaczynają się problemy... jednak statek dociera na miejsce. Załoga rozpoczyna badania. Zanim jeszcze uzyskane zostaną jakiekolwiek wyniki, niektórzy zaczynają mieć przeczucie, że coś na księżycu ich obserwuje.

"Europa Report" nakręcony jest w formie zmontowanych fragmentów nagrań kamer umieszczonych na statku oraz urywków kronik nagranych przed startem i po ukazanych w filmie wydarzeniach. Trzeba przyznać, że twórcy postarali się, by przydać swemu dziełu jak najwięcej autentyczności: nie ma "przypadkowego" użycia ręcznej kamery przez kogoś z załogi (jakże częsty zabieg, by pokazać coś intrygującego) - jeśli jeden z bohaterów mówi, że coś widział, ale kamera tego nie nagrała, to widz również tego nie zobaczy. Kamery nie zmieniają położenia, w rogu ekranu mamy zawsze wyświetloną informację, która z nich aktualnie nadaje. Obraz czasami psuje się lub faluje. Widać też czasami efekt prześwietlenia spowodowany przez świecące wprost na kamerę Słońce lub światło odbite od lodu. W świecie rzeczywistym też tak się dzieje.

Obok tego wielką zaletą filmu jest też bardzo wysoki stopień realizmu. Statek "Europa 1" zbudowany jest z użyciem znanej nam technologii - począwszy od napędu, a skończywszy na utworzeniu grawitacji przez wirujące wokół osi moduły mieszkalne. Spacery kosmiczne, operacje startu i lądowania nie odbywają się w cudowny sposób, lecz wymagają odpowiednich przygotowań i są dość czasochłonne. Nie ma też cudownie rozchodzącego się dźwięku w próżni czy nagłych ruchów statku w kosmosie - w przestrzeni kosmicznej panuje próżnia, więc o żadnym dźwięku nie ma mowy, a ruchy statku są płynne i powolne - jak w "Odysei Kosmicznej" - tylko bez tej pięknej muzyki. Nie chcę opowiadać szczegółów fabuły, dodam więc tylko, że samo badanie obecności życia również jest ukazane realnie - zamiast cudów typu "odkryliśmy ogromne drzewo albo nieznane zwierzę", mamy długie, mozolne szukanie śladów.

Równie realnie ukazani są bohaterowie. Wzorowani na współczesnych astronautach posiadają odpowiednie wyszkolenie i specjalizację. Nie są supermenami znającymi się na wszystkim: inżynier umie naprawić statek, ale nie za bardzo umie pilotować, z kolei pilot nie bawi się urządzeniami do analizy próbek gruntu. Przebywając na statku, wykonując jedynie rutynowe czynności, rozmawiają o niczym, żartują i dokuczają sobie nawzajem. Z drugiej strony, kiedy przychodzi co do czego, są profesjonalistami, którzy nie pozwalają, by emocje czy strach zapanował nad wyszkolonymi odruchami i robią, co do nich należy. Muszę tu zauważyć pewną ważną, a często pomijaną rzecz: otóż aktorzy odgrywający role astronautów nie mają żadnego makijażu (przynajmniej taki jest widoczny efekt). To logiczne - na statkach kosmicznych są ostre ograniczenia masy użytecznej, zużycia wody, harmonogram użycia łazienek itp. Skutkiem tego wyglądają nie jak aktorzy grający kosmonautów, tylko jak kosmonauci właśnie.

To, co zwiększa realizm filmu, sprawia jednak, że film nie jest zapadającym w pamięć dziełem. Przede wszystkim - dla współczesnego widza, przyzwyczajonego raczej do filmów takich jak "Star Trek" czy "Gwiezdne Wojny", "Europa Report" będzie zbyt statyczny i pozbawiony akcji. Spodziewam się, że wiele osób nie doceni wysiłku włożonego w uczynienie filmu realistycznym i narzekać będzie na nudę oraz monotonię. Mimo że trudno spodziewać się braku monotonii w misji trwającej 22 miesiące. Jedna rzecz też nie daje mi spokoju: czy naprawdę taka misja byłaby załogowa? Skoro na razie człowiek nie stanął nawet na Marsie - czy wysyłanoby aż 6 osób w podróż znacznie dłuższą i bardziej niebezpieczną? A może raczej zainwestowanoby w misję bezzałogową - związaną ze znacznie mniejszym ryzykiem, o kosztach nie wspominając? Sporą wadą filmu jest też fakt, że mniej miejsca zajmuje poszukiwanie życia pozaziemskiego, a więcej - problemy interpersonalne oraz walka z psującymi się urządzeniami. Zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości drobne naprawy pochłaniałyby więcej czasu niż same badania, ale mimo wszystko... można było chyba wybrać te ciekawsze fragmenty nagrań?

Biorąc pod uwagę wszystko powyższe, trudno mi "Europa Report" jednoznacznie ocenić. Z jednej strony powinienem ocenić film bardzo wysoko za realistyczne ukazanie misji załogowej na inne ciało niebieskie. Z drugiej strony - pewne elementy sprawiają, że film pozostawia niedosyt. Ostatecznie dam mu jednak te 7 punktów na 10. Polecam go zwłaszcza ludziom interesującym się astronautyką: jeśli marzycie o podróżach w kosmos, to tak właśnie one wyglądają.

piątek, 9 sierpnia 2013

Noc Oczyszczenia - o potworach zwanych ludźmi

The Purge

USA, Francja 2013
Scenariusz i reżyseria: James DeMonaco


Nie wiem, ilu z Was pamięta film z 1965 r. "Dziesiąta Ofiara". Opowiadał o społeczeństwie, w którym nie ma morderstw ani wojen. Osiągnięto to w ten sposób, że dla czujących potrzebę zabijania zorganizowano ogólnoświatową grę "Wielkie polowanie", której każdy uczestnik może bezkarnie polować i zabijać innych "graczy". Grało się dziesięciokrotnie: pięć razy jako ofiara i pięć - jako myśliwy.

W 2013 r. James DeMonaco, reżyser między innymi całkiem niezłego "Negocjatora", zdecydował się posunąć o krok dalej. W filmie "Noc Oczyszczenia" mamy Amerykę niedalekiej przyszłości. Na wstępie dowiadujemy się, że bezrobocie wynosi poniżej 1%, nie ma przestępstw ani przemocy na ulicach. Jednak raz w roku na 12 godzin, następuje tzw. "Noc Oczyszczenia" zwana też "Czystką", podczas której wszelkie przestępstwa (łącznie z zamordowaniem kogoś) są dozwolone, a służby porządkowe zawieszają działalność - każdy może więc stać się na ten czas i oprawcą, i ofiarą. Beż żadnych konsekwencji: można pobić swojego szefa za to, że pół roku temu pominął nas przy rozdziale premii, można zabić kolegę za to, że ma atrakcyjną żonę, a ją samą zgwałcić. Oczywiście samemu też można stać się ofiarą.

Film zaczyna się kilka godzin przed ogłoszeniem "Czystki". Do domu wraca James, który zrobił majątek na sprzedaży systemów ochronnych. Pozorny spokój burzą wiadomości z radia oraz widoki za oknem: wszyscy przygotowują się do "Czystki". Jedni kupują broń lub samodzielnie ją przygotowują, inni zaszywają się w domach zamienionych w fortece. James należy do drugiej kategorii: jest kochającym mężem i ojcem i nie czuje potrzeby zabijania i przemocy, jednak, jest przekonany o słuszności decyzji wprowadzenia "Czystki". podobny pogląd ma jego żona oraz jedno z dzieci. Drugie natomiast uważa, że "Czystka" jest złem. I właśnie to dziecko staje się przyczyną problemu: w samym środku nocy, kiedy szaleje przemoc, kiedy dookoła biegają ludzie uzbrojeni w noże, pistolety i karabiny, ono dezaktywuje system alarmowy i ratuje przed pewną śmiercią rannego człowieka. Napastnicy próbują więc włamać się do domu Jamesa. Jak się okazuje, i tak mieli to w planach.

"Noc Oczyszczenia" sprawdza się, przynajmniej początkowo, jako thriller. Atmosfera od początku nie jest zbyt sielankowa (chociaż bohaterowie są zaskakująco spokojni i obojętni biorąc pod uwagę, co się zbliża). Potem zaczyna się robić niepokojąco. Zza ścian i okien chronionych pancernymi kurtynami słychać krzyki, strzały, odgłosy rozbijanych szyb, miażdżonych samochodów... Potem, kiedy zaczyna się konfrontacja z napastnikami, jest już nieco gorzej. Wiadomo, że poświęcenie rodziny zostanie nagrodzone pomocą uratowanego, wiadomo też w zasadzie od początku, kto i dlaczego zechce ich napaść. Nie pomagają w niczym chwyty często stosowane, ale skuteczne, jak tajemnicze odgłosy, skrzypienie podłogi czy przewracanych mebli, powodowane przez niewidocznych napastników. Atmosfera niepokoju znika, a najgorsze, że sama "Czystka" staje się tylko wspomnieniem w tle, o którym mówi się ponownie dopiero pod sam koniec filmu. Dosłownie - podczas końcowych napisów słychać relacje dziennikarzy z tego, co się dzieje na ulicach po nocy. Przez ponad godzinę nikt nawet o niej nie wspomina. Czyli -w zasadzie mamy "jeszcze jeden" film o rodzinie napastowanej przez obcych. Coś jak "Nieznajomi", tylko że bez chwil napięcia.

No dobra, nie spodziewałem się sporo po tym filmie... ale nie aż tak mało. Spodziewałem się filmu będącego krytyką bezsensownej przemocy, tolerancji na agresję i poziom przestępczości panującej w Stanach Zjednoczonych (np. w 2009 r. w USA zamordowano 15 tys. ludzi, podczas gdy w całej Europie - jakieś 4 tys., o ilości gwałtów i wykrywalności sprawców lepiej litościwie nie wspominać) oraz na omówienie kwestii budzącego kontrowersję powszechnego dostępu do broni palnej w tym kraju. Tymczasem film jakoś prześlizguje się po tych zagadnieniach; ba, w zasadzie bohaterowie do samego końca właściwie nie zmieniają poglądów. Film w najmniejszym stopniu nie porusza problemu agresji i skłonności do przemocy - twórca filmu okazał się tutaj behawiorystą, który opisuje zachowania, ale zupełnie nie interesuje się przyczynami, które je powodują. Cel, trzeba przyznać, mało ambitny.

A teraz sam koncept. Trzeba być naprawdę naiwnym, żeby wpaść na pomysł, iż można zmienić naturę ludzką do tego stopnia, jak to starano się ukazać w filmie. I że może to przynieść pozytywne skutki, o jakich mówi się we wstępie. Czy ktoś wyobraża sobie, co by się stało, gdyby każdy mógł bezkarnie odwiedzić szefa, którego uważa za złego, i go bezkarnie zabić? Gdyby ludzie próbowali się przynajmniej pobić za to, że ktoś ma lepszy dom, samochód, albo że źle mu z oczu patrzy? Spodziewam się, że już po pierwszej "Czystce" większość struktur państwowych i firm przestałaby funkcjonować. Po kilku - w zasadzie nie istniałoby zorganizowane państwo. I czy naprawdę byłoby możliwe "nagle" wstrzymanie tego po 12 godzinach? Powstrzymanie setek tysięcy ludzi, oszalałych z nienawiści, biegających po ulicach z różnorodnym uzbrojeniem nie wydaje mi się możliwe bez użycia sporych sił policji, a może i wojska. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje u nas w trakcie zamieszek. Aha, jestem też ciekaw, jak wyglądałoby takie zwykłe, codzienne życie na drugi dzień: i nie mam tu na myśli jedynie faktu, że setki ludzi nie żyją, a tysiące są ciężko ranne. A co z życiem sąsiadów, współpracowników, szefów i podwładnych? "Dzień dobry szefie, jak tam po nocy?" "A dobrze, prawie odciąłeś mi rękę, ale za tydzień się zrośnie". Nie, nie widzę tego. A może właśnie o to chodzi? Po takiej nocy zapewne miliony ludzi szukały nowego domu, nowej pracy, kupowały zabezpieczenia... interes się kręci, jednym słowem.

W zasadzie scenarzyście i reżyserowi w jednej osobie udało się tylko jedno - bardzo celnie ukazał przykrą cechę natury ludzkiej, jaką jest fascynacja złem i przemocą. Jak wspomniałem, wielu ludzi w "Noc Oczyszczenia" kryje się po domach, jednak z fascynacją oglądają to, co się dzieje, na ekranach telewizorów za pośrednictwem kamer policyjnych na bieżąco pokazujących przebieg wydarzeń. Mało tego, nawet w podsumowaniu "Czystki" słyszymy podniecenie i radość z tego, co się stało i wdzięczność za to, jak bardzo poszybowały w górę wskaźniki giełdowe. Mieszkańcy USA przyszłości są ukazani jako żądne krwi bestie, które uwielbiają na nią patrzeć, a płaczą tylko wówczas, gdy im samym dzieje się krzywda. I co tu dużo mówić - przypuszczam, że wielu ludzi, również w naszym kraju, byłoby zachwyconych wprowadzeniem takiego zwyczaju. Ale o skutkach aż się boję myśleć.

Podsumowując - "Noc Oczyszczenia" uważam za film przeciętny, z potwornie niewykorzystanym potencjałem. Jako thriller się sprawdza, jako film, że tak powiem, psychologiczny czy socjologiczny - już nie. Sam pomysł na Amerykę przyszłości, choć szokujący, jest jednak nieprzemyślany i chyba można było poświęcić temu zagadnieniu więcej czasu, zwłaszcza że film jest bardzo krótki (trwa zaledwie godzinę i 20 minut, nie licząc napisów) i pewne wątki można było rozwinąć bez szkody dla fabuły, np. wprowadzić rozmowy bohaterów dotyczące "Czystki" i sensu jej istnienia wobec ponoszonych kosztów. Ale i tak mogę mu przyznać 5 punktów na 10. Bo trochę do myślenia jednak daje.

sobota, 13 lipca 2013

Super 8 - horror dla całej rodziny

Super 8

USA 2011
Scenariusz i reżyseria: J. J. Abrams


W oczekiwaniu na "Pacific Rim" jakoś mnie ostatnio wzięło na powtórkę filmów o potworach. I - o dziwo - za najciekawszy uznałem nie żaden z klasyków, ale produkcję nie dość, że raczej nową, to w dodatku nietypową, którą zakwalifikować można jako horror familijny. Chodzi mianowicie o "Super 8" J.J. Abramsa. Twórca ten zasłynął z "Zagubionych", jednego z najdziwniejszych seriali ostatnich lat, a także uznawanego za niezbyt udany (nie wiem, dlaczego) "Cloverfield". Jak widać reżyser lubi pofantazjować, ale jednocześnie chce, żeby jego bohaterowie byli ludźmi nieprzeciętnymi, często samotnymi, pokrzywdzonymi przez los, ale gotowymi stawić czoła przykrej rzeczywistości, a w porywach zmieniający się niemal w herosów. Brzmi jakby znajomo... kimś podobnym byli bohaterowie filmów przygodowych z końca ubiegłego wieku.

W latach 70. i 80. nie brakowało filmów przygodowych, które często ocierały się o fantastykę. Przodował w nich Steven Spielberg. On właśnie zainspirował Abramsa do napisania scenariusza filmu "Super 8", który miał nawiązywać do tamtych czasów i był swego rodzaju hołdem dla Spielberga za natchnienie. Ba, nawet miał dziać się 30 lat temu! Pomysł spotkał się z zainteresowaniem samego Spielberga, który niejednokrotnie pomagał Abramsowi w niektórych momentach. Jego wolą było mianowicie, by film jedynie nawiązywał do tamtych dzieł, ale nie kopiował ich. Skutkiem tego powstał film o jakby znanej konstrukcji, ale nie do końca przewidywalny i zaskakujący.