Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fran Walsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fran Walsh. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2013

Powrót Króla - lekko zubożony koniec przygody

The Lord of the Rings: The Return of the King

Nowa Zelandia, USA 2003
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson

Tytuł wpisu nawiązuje oczywiście do wątku, którego bardzo zabrakło mi w filmie, mianowicie do próby ustanowienia przez Sarumana swoich rządów w Shire. Może nie jest to wątek bardzo ściśle związany z całą historią Pierścienia, ale jakoś mi tego zabrakło. Saruman był - i nagle zniknął, co jest tym bardziej przykre, że grał go sam Christopher Lee. Moim zdaniem usunięcie wspomnianego wątku ma związek z chronologicznym ujęciem przygód bohaterów powieści. To sprawiło, że dopiero w trzeciej części, a nie w drugiej, pojawiła się przeprawa z Szelobą. W przeciwnym razie czasu starczyłoby akurat na to, by rozprawę z Sarumanem pokazać. Ale cóż, cieszmy się z tego, co jest. I, jak zwykle, skupię się tylko na kilku wybranych zagadnieniach. Nie będę na przykład opisywał, co mi się podobało, a co nie w spotkaniu z Szelobą - ostatecznie to tylko tunele i wielki pająk, więc co - poza dodaniem karygodnego moim zdaniem wątku z odesłaniem Sama - można było zrobić nie tak?

Minas Tirith i armia Gondoru
Stolica Gondoru jest w powieści opisana w taki sposób, że pozwala określić ogólny kształt miasta, ale szczegóły pozostawia wyobraźni czytelnika. Twórcy mogli więc pozwolić zaszaleć wyobraźni. Efekt jest moim zdaniem wspaniały: filmowe Minas Tirith idealnie wpasowało się w moje wyobrażenie o tym mieście. Dostojne, solidne białe mury przywodzą na myśl Konstantynopol; miasto potężne, pozornie niezdobyte, chociaż w po setkach lat nieco upadające. Mieszkańcy wyglądają na dumnych, dochowujących wierności stylowi życia i tradycjom, chociaż lęk i smutek w oczach wskazuje na to, że są świadomi utraty dawnej chwały. Miasto nadal zachowuje jednak zdolność do obrony przed wielką armią - i stosownie do swojej wagi i tradycji jest dość nowoczesne i solidnie uzbrojone: warto zwrócić uwagę na obecność jedynych w Śródziemiu trebuszetów - w "naszym" świecie będących chyba najskuteczniejszymi machinami miotającymi epoki średniowiecza. Z nowoczesnością urządzeń obronnych trochę nie współgra armia Gondoru - sprawia wrażenie formacji nieco paradnej i zaskakująco nieporadnej w obliczu wroga, mimo że przecież wielokrotnie brała udział w boju. Można to jednak wytłumaczyć trwogą wzbudzaną przez krążące w powietrzu Nazgule oraz ogromną przewagą wroga - tak jak to miało miejsce w powieści. Ogólnie za przedstawienie Minas Tirith oraz armii Gondoru - plus.

Minas Morgul i armia Mordoru
Mroczna potęga twierdzy została tutaj ukazana w pełni. Scena wymarszu armii Mordoru mnie osobiście zachwyciła, zwłaszcza w połączeniu z ukazaną reakcją mieszkańców Minas Tirith: najpierw cisza, potem nagle kolumna światła i pokazuje się on - Król Czarnoksiężnik. Wróg osiągnął niemal szczyt potęgi i rzuca butne wyzwanie - oczywiście odpowiednio widowiskowe, którego w powieści nie było, ale stanowi to dobre wprowadzenie do tego, co już niedługo czeka obrońców Gondoru.
Zwrócić muszę tutaj uwagę na armię Mordoru i jego sojuszników. Ciekawe, że twórcy filmu sprawili, iż Sauron jest tradycjonalistą, jego armia w porównaniu z siepaczami Sarumana sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie lekko przestarzałej i gorzej zorganizowanej. Zbroje orków są gorszej jakości, sami orkowie nie używają materiałów wybuchowych, a niemal każdy ma inne uzbrojenie i wyposażenie. Armia jest też dość mało karna, w każdym razie w porównaniu z ludźmi z Haradu. Mordor za to wyraźnie wyprzedza Isengard względem sztuki oblężniczej: wieże, onagery, a wreszcie budzący grozę Grond - wszystko to świadczy o starannym przygotowaniu do oblężenia miasta. Właśnie, Grond... taran służący do rozbicia głównej bramy wygląda groźnie, ale i pięknie, mnie w każdym razie zachwycił artyzmem wykonania. Za armię Mordoru twórcy filmu również zasługują na mój podziw i szacunek.

Bitwa na polach Pelennoru
Jako że bitwa ta jest największą batalią Wojny o Pierścień, warto poświęcić jej parę słów.Od razu napiszę, że nie podobała mi się, i to bardzo, jedna rzecz: zastąpienie "ludzkich" posiłków dowodzonych przez Aragorna armią duchów, która w powieści pojawia się tylko epizodycznie i odgrywa znacznie mniejszą rolę. I po co? Czy batalia z udziałem wyłącznie ludzi nie byłaby dość efektowna? Botwa o Helmowy Jar dowodzi czegoś przeciwnego.
Jednak reszcie nie zarzucę nic. Owszem, pewne szczegóły uległy zmianie, ale scenom bitewnym wyszło to tylko na dobre. Dzięki temu mamy na przykład nieco bardziej dramatyczne pojawienie się armii Rohanu, a także chyba najbardziej efektowną scenę filmu - walkę z mumakilami. Potężne olifanty w powieści opisano jako "ruchome domy" - i trudno się nie zgodzić, kiedy patrzy się na szarżę tych potężnych bestii. Przyznać też muszę, że wielkie zrobił na mnie wrażenie pojedynek Eowiny z Królem Nazguli. Podobała mi się też drobna zmiana uczyniona w jego wyglądzie: w powieści czytamy, że przestrzeń między koroną a płaszczem zapiętym pod szyją wypełniały płomienie. Taki opis szczerze mówiąc jakoś mi nigdy nie pasował - filmowi Nazgule pozbawieni jakiegokolwiek ciepła i śladów życia wyglądają jak wcielenie śmierci i są tym bardziej przerażający. Scenę Bitwy na Polach Pelennoru oceniłbym więc wysoko, gdyby nie fakt wprowadzenia do niej armii upiorów. Mogę więc wystawić jedynie ocenę dobrą.

Mordor
Wędrówka Froda ukazuje nam Mordor w pełnej okazałości. Kraina została przedstawiona moim zdaniem w sposób celujący: ziemia wygląda na wielokrotnie torturowaną i splugawioną - ponure, smutne pustkowie, które nigdy nie zaznało światła słonecznego, nigdy nie wyrosła na nim żadna roślina ani nie przebiegło żadne zwierzę. Filmowa Góra Przeznaczenia jest tworem mającym w sobie elementy czarnoksięskie: z jednej strony widać, że to "zwykły" wulkan, ale z drugiej - ogień i pyły Orodruiny wydają się być poruszane czyjąś wolą, przesłaniają niebo jedynie nad Mordorem i tam, gdzie znajduje się armia Nieprzyjaciela. Ciekawy zabieg, który sprawia, że Góra wydaje się żyć własnym życiem. Jeśli mowa o Górze, to wspomnieć muszę o scenie z Pierścieniem - mnie osobiście zadziwiło, jak za pomocą drobnych zabiegów związanych z oświetleniem udało się Elijahowi Woodowi sprawić, że grany przez niego Frodo nabiera nagle energii, siły i mocy.

Epilog
Nawet zagorzali fani filmu krytykują zakończenie trylogii jako zbyt długie i rozciągnięte. Krytykantom radzę zajrzeć jeszcze raz (albo pierwszy raz) do powieści: wątki takie jak wyzdrowienie Froda i Sama, ślub Aragorna i Arwerny, pożegnania i rozstania oraz powrót do Shire zajmują sporą część ostatniego tomu. Z mojego punktu widzenia błąd tkwi w zaskakująco złym montażu, z długimi zaciemnieniami sugerującymi koniec filmu. Dziwne naprawdę, że Jackson, dotąd tak starannie pilnujący pracy kamery, zdecydował się na taki dziwaczny zabieg. Rekompensują to ostatnie minuty filmu - scena na Szarych Nabrzeżach wskazująca jasno, że to już koniec wielkiej przygody. Przy okazji - zwróćcie uwagę na statek elfów. Jest on dowodem na to, co wspominałem o "przestarzałości" elfów. Statek jest zadziwiający jak na jednostkę pełnomorską. Jest piękny, to fakt, ale ster boczny? Brak żagli rejowych? Jakoś mi to nie pasuje do okrętu płynącego w daleką podróż. Za to pasuje ja ulał do okrętu, który zatrzymał się w czasie na tysiące lat - jak rzymska galera w epoce Wielkich Odkryć Geograficznych. Przy okazji - wielki plus dla Jacksona za zakończenie filmu tymi samymi słowami, które kończą powieść.

Trzecia część zawiera w sobie pewne wątki, które w powieści opisane zostały w "Dwóch Wieżach" - co jest moim zdaniem do pewnego stopnia błędem, gdyż doprowadziło do uproszczenia np. kwestii Sarumana, który we "Władcy Pierścieni" odgrywa daleko bardziej znaczącą rolę - do samego końca. Z drugiej strony film jest sam z siebie na tyle efektownie nakręcony, na tyle trzymający w napięciu i wzruszający, że jakoś się broni. Mnie osobiście zawiodło jedynie samo zakończenie Bitwy na Polach Pelennoru. Jednak ponownie dam ocenę 9/10.

Trzy części, trzy filmy i trzy wpisy na blogu. Pozwolę sobie na komentarz: no, to wreszcie skończyłem.

piątek, 16 sierpnia 2013

Dwie Wieże - wierność powieści zarzucona w imię dramaturgii

The Lord of the Rings: The Two Towers

Nowa Zelandia, USA 2002
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens, Stephen Sinclair
Reżyseria: Peter Jackson

"Dwie Wieże" to chyba najbardziej zmieniona - względem literackiego pierwowzoru - część trylogii "Władca Pierścieni". Dzieje się tak, jak mniemam, z jednej przyczyny: otóż wydarzenia opisane w "Dwóch Wieżach" dzieją się w różnym czasie, a Jacksonowi najwyraźniej zależało na zachowaniu, w miarę możliwości, jedności czasu. Musiał więc w jakiś sposób wypełnić czas potrzebny Frodowi i Samowi na dotarcie do Minas Morgul, gdyż walka z Pajęczycą miała miejsce praktycznie w tym samym czasie, co oblężenie Minas Tirith - w powieści opisane przecież w kolejnym tomie! Jako ekranizacja film jest więc, co tu dużo mówić, straszny. Jednak, pozwolę sobie na powtórzenie pewnej myśli: co wyszło na złe ekranizacji, wyszło na dobre filmowi. W filmie pojawiają się sceny, których w powieści rzecz jasna nie ma, ale dodają pewnego dramatyzmu i sprawiają, że film po prostu dobrze się ogląda.

Edoras
Kolejna kraina odwiedzana przez bohaterów wzorowana była na dawnych plemionach gockich, ale mnie kojarzyła się zawsze z przedchrześcijańską Polską: kraj ten zamieszkują ludzie "mądrzy, choć niewykształceni, niepiśmienni, ale znający wiele opowieści". Faktycznie, Rohan jest krajem zamieszkanym przez ludzi prostych, ich budowle są równie nieskomplikowane, choć i tak budzą podziw swoją wielkością - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że są z drewna i słomy. Takie domy zresztą wcale nie są takie złe - drewniane ściany i pokryty strzechą dach doskonale chronią przez upałami latem, przed mrozem zimą, a przed deszczem przez cały rok. Armia Rohanu również sprawia wrażenie jakby nieco prymitywnej - za to dobrze zorganizowanej i walecznej do szaleństwa. Pominięto tylko jeden aspekt - rohirrimowie byli ponoć doskonałymi łucznikami konnymi, a tu tego nie widać.

Armia Sarumana
Najpierw może parę słów o Orthanku: budowla faktycznie, jak w powieści, sprawia wrażenie mniejszej wersji Barad-Dur, co nie znaczy, że sama z siebie nie jest majestatyczna. Emanuje potęgą i dostojeństwem. Ciekawe jest to, że jej surowe kształty pasują i do lasów, które otaczały Orthank wcześniej, i do kopalń, które nastały później. A armia Sarumana? Tak jak i u Tolkiena, widać, że Saruman wybiegł mocno naprzód i był zwolennikiem innowacji. Jego armia jest, że tak powiem, najlepiej wyszkolona i uzbrojona. Uruk-hai mają identyczne uzbrojenie, solidne zbroje płytowe, a jedyną ich słabością może być brak bardziej urozmaiconego i dostosowanego do okoliczności sprzętu oblężniczego. Ale można przyjąć, że Saruman spodziewał się, że z Rohanem łatwo sobie poradzi, a w zanadrzu miał kolejne plany. W każdym razie - pozostaje się cieszyć, że uruk-hai nie było zbyt wielu, bo wojna mogłaby się potoczyć inaczej.

Ithilien
Spotkanie hobbitów z oddziałem Faramira wypadło nadzwyczaj korzystnie - mimo nieścisłości z powieścią. Przede wszystkim za sprawą pojawienia się mumakili. Powieść traktuje je jako ogromne słonie, których dzisiejsi krewniacy są dalekim cieniem ich potęgi - Jackson troszkę zaszalał i chwała mi za to, bo bestie są cudowne - groźne i piękne jednocześnie. I faktycznie dzisiejsze słonie przy nich to jak domowy kotek przy tygrysie szablozębnym.

Bitwa o Helmowy Jar
Na początek muszę wspomnieć o scenie, która wielu fanów twórczości Tolkiena doprowadziła do białej gorączki - a mianowicie o udział elfów w tej bitwie. Wiemy, że w powieści tego nie ma. Ale w filmie jest i wypada doskonale. Wejście elfów do twierdzy to świetnie nakręcona i ładna scena, która przy okazji pozwala powiedzieć parę słów o armii elfów. Widać, że istoty te żyją w pewnej izolacji, gdyż ich uzbrojenie i wyposażenie jest typowe dla czasów pokoju: efektowne, wywierające wrażenie, ale jednak w praktyce chyba trochę przestarzałe i niezbyt skuteczne biorąc pod uwagę fakt, że orkowie zadają im wielkie straty bez większych szkód. Widać też, że elfy znakomicie radzą sobie z łukiem, ale walka wręcz wychodzi im gorzej. Z obsadą twierdzy Jackson nieco przesadził - Tolkien napisał co prawda, że wielu obrońców liczyło zbyt dużo lub zbyt mało lat, ale wygląda na to, że Aragorn, Gimli i Legolas to jedyni w pełni sprawni wojownicy w twierdzy. Cóż, film ma swoje prawa... przynajmniej sama bitwa wygląda efektownie.

Entowie
Spodziewam się, że fani Tolkiena będą życzyć mi śmierci za te słowa, ale entowie to jedyna chyba rzecz, której zmiana względem literackiego pierwowzoru wyszła na korzyść. W powieści entowie opisani byli jako bardzo duzi ludzie, których zarost i strój upodabniało do drzew - w filmie natomiast mamy praktycznie chodzące drzewa. Efekt jest piorunujący - w powieści entowie byli częścią lasu, w filmie są lasem. Entowie stali się przez to majestatyczni i dostojni, znacznie różniący się od ludzi, ale przecież niekoniecznie dla nich groźni, jeśli się ich nie niepokoi. Ich związek z lasem i dziką przyrodą jest tym bardziej zrozumiały i widoczny. Różnice z powieścią dotyczące przebiegu wiecu również oceniam na korzyść - widz niezaznajomiony z powieścią lepiej zrozumie rolę hobbitów w zachęceniu entów do opowiedzenia się po stronie ludzi i wzięcia udziału w wojnie. A przy okazji - za najlepszą scenę w tym filmie uważam właśnie wymarsz entów na Isengard.

Osgiliath
Ten wątek rozjuszył do białości wielu fanów - nie dziwię się. Wiemy dobrze, że Faramir nie poddał się wpływowi Pierścienia, chociaż może było blisko. O ile same ujęcia Osgiliath są starannie dopracowane (jak się przyjrzeć, to w paru ujęciach widać orków budujących już jakieś machiny na drugim brzegu), to jednak Jackson dopuścił się pewnego absurdu: otóż scena z Frodem niemalże podającym Pierścień jednemu z Nazguli nie ma racji bytu - przecież Sauron dowiedziałby się, gdzie jest pierścień i gdzie należy szczególnie starannie przeszukiwać drogi! A on nic nie zrobił. Albo ten Nazgul był nieuważny, albo nie wiedział, co Frodo trzyma w ręku - w co mi się nie chce wierzyć. W każdym razie - wątek z Osgiliath jest moim zdaniem wyłącznie wspomnianym "wypełniaczem" mającym na celu "opóźnienie" dotarcia bohaterów do granic Mordoru.

Jako ekranizacja, "Dwie wieże" są stanowczo najbardziej odbiegającym od powieści częścią trylogii. Niektóre wątki pominięto, inne wymyślono od podstaw, a ich obecność czasami budzi wątpliwości. Jednak film jako całość broni się i jeśli oceni się go sprawiedliwie jako film, a nie ekranizację, to chyba może się podobać. Mnie się w każdym razie podoba. Pomijając wątek przeniesienia Froda do Osgiliath. Jednak film jako niezależna produkcja broni się znakomicie. Część drugą, podobnie jak pierwszą, oceniam na 9/10.

środa, 14 sierpnia 2013

Drużyna Pierścienia - marzenie o Władcy Pierścieni

The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring

Nowa Zelandia, USA 2001
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson


Niedawno miałem okazję toczyć rozmowę, która zaczęła się od "Hobbita", a skończyła na "Władcy Pierścieni". O ile w początkowym stadium się zgadzaliśmy, o tyle w późniejszym - już nie. Mój rozmówca twierdził, że ekranizacja największego dzieła Tolkiena jest nieudana. Ja mam na ten temat inne zdanie.

Na początek informuję, że tak, zdaję sobie sprawę, iż ekranizacja "Władcy Pierścieni" odbiega od oryginału. Pewne wątki pominięto, inne przeinaczono. Jednak nie ma tutaj tak karygodnych błędów, jak w nieszczęsnym "Hobbicie", gdzie totalnie pomieszano nawet stopnie pokrewieństwa między bohaterami i większość treści się zachowała. Poza tym, filmowy "Władca Pierścieni" zachęcił trochę ludzi do przeczytania powieści, a to już sukces. Wydaje mi się, że większość przeinaczeń we "Władcy..." wynika z faktu, że Jackson chciał ukazać dzieje członków wyprawy z zachowaniem jedności czasu, co w miarę się udało.

Informuję też, że ja także zaliczam się do fanów mistrza Tolkiena i spostrzegłem wiele elementów odbiegających od powieści. Jednak uważam, że dokładna ekranizacja "Władcy Pierścieni" nie byłaby możliwa - przede wszystkim musiałoby powstać chyba z 6 filmów, a nie 3. Po drugie - to, co dobrze się czyta, niekoniecznie dobrze by się oglądało. Inni twórcy wzięli sobie do serca tę zasadę i chwała im za to - dzięki temu słynny "Blade Runner" stał się filmem kultowym. Gdyby miał być wierną ekranizacją, dostalibyśmy film dość okrutny, ponury i - powiedzmy sobie szczerze - mało porywający. A przecież powieść jest genialna. Dlatego opisując "Władcę Pierścieni" nie będę skupiał się na tym, czego nie ma czy co zostało zmienione, tylko na tym, co jest. Po kolei, w miarę możliwości. Pewnie część rzeczy opuszczę - cóż, o ekranizacji "Władcy Pierścieni" możnaby napisać książkę. Logiczne, że coś mogę pominąć z braku miejsca.

Shire
To jedno z najlepszych moim zdaniem urzeczywistnień elementów powieści. Na ekranie widzimy Shire jako odpowiednik sielskiej wsi angielskiej. Klimat jest łagodny, a krajobraz cudowny, mimo że kraik obsiedli pracowici hobbici. Sieją tam, budują domy, jednak wszystko w taki sposób, że nie czynią żadnych zupełnie spustoszeń w przyrodzie. Przeciwnie, na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że taki ładny krajobraz nie powstał naturalnie. Podoba mi się też przedstawienie samych hobbitów. Miał to być lud raczej prosty,  lubiący ubierać się na żółto i zielono, o twarzach raczej poczciwych niż pięknych. Tak jest też w filmie. Wyjątkiem jest oczywiście Frodo i Bilbo, ale to postacie symboliczne, hobbici inni, niż wszyscy. Skoro lubują się w przygodach i podróżach - to czy nie mogą też być szczuplejsi i ubierać się nieco inaczej? Nie mam zastrzeżeń.

Pierścień
Jest w zasadzie jednym z głównych bohaterów powieści i filmu, a Jackson zrobił wszystko, by widz zdawał sobie z tego sprawę. Pierścień Jedyny nie jest zwykłą ozdobą, o której jedynie się mówi. Poświęcono mu wiele ujęć, często jego sylwetka wypełnia cały ekran, a kiedy tylko ukazuje się, akcja ulega lekkiemu chociaż spowolnieniu, uwaga wszystkich skupia się na Jedynym - wszystko to sprawia, że widz niemal namacalnie czuje potęgę i moc płynące z Pierścienia. Muszę też pochwalić twórców za efekt zmiany scenerii podczas gdy Frodo korzysta z Pierścienia - ostry, ale lekko rozwiewający się obraz sprawia wrażenie nierealnego, ale jednocześnie widać, że dzięki niemu bohater widzi rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Tym sposobem drobnymi zabiegami sprawiono, że Pierścień zyskuje w oczach widza należny szacunek.

Barad-Dur i Oko Saurona
W powieści nie ma zawartego opisu najpotężniejszej twierdzy Mordoru, twórcy mogli więc popuścić wodze fantazji. Stworzyli miejsce, które wygląda jak spotworniała wersja zamków przeróżnych tyranów z filmów fantasy: jest mroczna, ponura i groźna. Mimo że pojawia się krótko, to jednak na ujęciach widać dziesiątki machin obronnych i setki orków krzątających się po blankach. Barad-Dur wydaje się być twierdzą nie do zdobycia nawet dla największej armii - chyba jedynie głód byłby w stanie pokonać armię orków. Tylko że pozostaje jeszcze władca twierdzy... Oko Saurona stało się elementem rozpoznawalnym w tym samym chyba stopniu, co film. Z powieści wiemy, że Sauron nigdy już nie przyjął postaci, która nie przerażałaby ludzi, a postać ukazana w filmie budzi grozę, nawet kiedy pojawia się tylko na chwilę. Prowokuje do szukania odpowiedzi na pytanie: jak pokonać istotę tak potężną, niemającą ciała, która nie potrzebuje odpoczynku, widzi wszystko i stale czuwa?

Czarni Jeźdźcy
Mieli siać grozę samym pojawieniem się - i faktycznie tak jest. Nigdy nie zapomnę pisków całkiem już dużych dzieci podczas ich pierwszego pojawienia się. Scena, kiedy wyjeżdżają z Minas Morgul, jest jedną z najlepszych w filmie moim zdaniem - złowrogie, niepowstrzymane anioły zagłady, w podartych, wiekowych szatach. Nawet ich konie sprawiają wrażenie demonicznych: na zbliżeniach widać ich dziwne, czerwone oczy i zmasakrowane kopyta. Co prawda z powieści wynika, że jeździli na zwykłych koniach, ale myślę, że Mistrz byłby zadowolony z efektu.

Rivendell
Wiem oczywiście, że to nie Arwerna zawiozła Froda do siedziby Elronda. Jednak film ma swoje prawa, a jednym z nich jest brzytwa Ockhama: nie należy mnożyć bytów ponad miarę. Zastąpienie Glorfindela Arwerną wynikało zapewne z tego, a także z rozwinięcia wątku miłosnego Arwerny i Aragorna, który w powieści odgrywa marginalną rolę. Po prawdzie, scena ucieczki przed Nazgulami zyskała dzięki temu więcej dramatyzmu. I piękna przy okazji. Samo Rivendell - wspaniałe. Widać wciąż wyczuwalną chwałę jego mieszkańców, ale jednocześnie mury są puste - mieszkańców jest coraz mniej. Nawet zanim bohaterowie wspomną cokolwiek na ten temat, widz wyczuwa, że mija epoka świetności elfów.

Moria
Tutaj też nie mam się czego przyczepić. Opisy w powieści są dość enigmatyczne, więc Jackson mógł zaszaleć - i zrobił to po mojemu w pięknym stylu. Mamy majestatyczne kolumny głównej sali, bezkresną przepaść pod mostem, niebotyczne hale sztolni... a przy tym wszystkim idealnie dopasowana muzyka. I jeszcze wyobrażenie orków żyjących w Morii, a różniących się wyraźnie od swoich "naziemnych" pobratymców: ciemniejsze, długowłose, wielkookie i zaopatrzone w broń i zbroje, których kształt przypomina ognie otaczające Balroga. Przemarsz przez Morię to moja ulubiona scena z filmu.

Lorien
Tutaj trochę gorzej. Pomijając drobne różnice z powieścią (mówiłem, że nie na tym się zamierzam skupić), to Lorien jest ukazane ledwie w paru ujęciach i zbyt wiele nie widać. Jednak wizyta w Lorien jest dobrym przykładem na to, co by było, gdyby "Władcę..." filmować z większą zgodnością z powieścią. Wielu widzów uważało tę scenę za niepotrzebnie długą - a przecież w powieści zajmuje więcej miejsca! To, co wyszło znakomicie Mistrzowi jako fragment powieści, niekoniecznie musi dobrze się oglądać - niestety.

To w zasadzie tyle na temat części pierwszej. Jak wspomniałem, pierwsza część jest stosunkowo wierną ekranizacją (stosunkowo podkreślam) i te elementy, które ewentualnie zmieniono, może wyszły na złe "Drużynie Pierścienia" jako ekranizacji, ale na dobre - jako niezależnemu dziełu. Dlatego ocena 9/10 wydaje mi się w pełni zasłużona.