Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Lee. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

1941 - Bitwa o Los Angeles

1941

USA, Japonia 1979
scenariusz: Bob Gale, Robert Zemeckis
reżyseria: Steven Spielberg

W 1941 r., kiedy w Europie już trzeci rok trwała wojna, nieświadomi niczego Amerykanie żyli jak gdyby nigdy nic się nie działo. Owszem, zarabiali niezłe pieniądze na sprzedaży uzbrojenia Aliantom, ale nie przejmowali się wojną. Dzieliły ich od niej przestrzenie obu oceanów. Ten błogostan skończył się 7 grudnia, kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i udowodnili, że odległość to tylko drobna niedogodność. W zaskoczonej i upokorzonej Ameryce zawrzało, izolacjoniści usunęli się w cień. Kraj szykował się do wojny i szybko okazało się, że jest do niej totalnie nieprzygotowany - ba, nawet nie umie korzystać z doświadczeń sojuszników. 

Dowiodło tego pewne niewyjaśnione do dziś wydarzenie, znane dziś jako Bitwa o Los Angeles. Kiedy Stany obrywały od Japończyków raz za razem, a w kraju wielu wierzyło, że japońska inwazja jest tuż-tuż, nocą 23 lutego japoński okręt podwodny ostrzelał miasto na zachodnim wybrzeżu USA. Zniszczeniu uległ raptem jeden zbiornik z paliwem, ale na wybrzeżu zapanowała histeria. Może dlatego, kiedy w nocy 25 lutego 1942 obserwatorzy w Los Angeles zauważyli światło na niebie, zapanował straszny chaos. Zapalono reflektory, nakazano wygasić światła i zaczęto strzelać. Oczywiście tajemniczego obiektu nie zestrzelono, za to zmarnowano 10 ton amunicji, spowodowano zniszczenia za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a parę osób zmarło na zawał ze strachu lub na skutek ognia przeciwlotniczego (!). 

Historia ta była - co zrozumiałe - raczej wstydliwym epizodem, dlatego widzowie początkowo bardzo niechętnie przywitali film Spielberga "1941" nawiązujący do tamtych wydarzeń (stąd tytuł wpisu). Film ten, pomyślany jako komedia, początkowo nie przypadł Amerykanom do gustu, uważano go za niezbyt śmieszny (wszedł na ekrany niedługo po zakończeniu Wojny Wietnamskiej, więc Amerykanie nie chcieli, by przypominać im o innym upokorzeniu). Co ciekawe, sam Spielberg uważał go za swego rodzaju odskocznię i nie planował wielkiego sukcesu. Po części tak się stało - film odniósł sukces kasowy, ale znacznie mniejszy, niż np. wcześniejsze "Szczęki". Film doceniono dopiero po wielu latach, kiedy po śmierci Johna Belushi "odkryto" ponownie jego rolę w tym właśnie filmie.

Streścić fabułę "1941" jest trudno, gdyż jego akcja przedstawia dzień (konkretnie: 13 grudnia 1941 roku) z życia kilkorga bohaterów, których losy przypadkiem łączą się tego dnia. Pewien młodzieniec startuje w konkursie tańca, walcząc (dosłownie!) o dziewczynę z kapralem Sitarskim (świetna rola Treata Williamsa) i przypadkiem sam zostaje bohaterem walcząc z Japończykami. Pewien niskiej rangi oficer, chcąc zrobić wrażenie na koleżance, zabiera ją na "wycieczkę" samolotem, który zostaje wzięty za japoński bombowiec. Ściga go między innymi kapitan "Wild" Bill Kelso, który - ogarnięty szałem bitewnym - ściga Japończyków mających rzekomo lotniska na terenie USA. A do tego u wybrzeży pojawia się japoński okręt podwodny, który chce dokonać jak największych zniszczeń na terenie "Fabryki Snów", by zniszczyć morale Amerykanów.

Trzeba wiedzieć, jak bardzo Stany Zjednoczone były zaskoczone wojną i jak bardzo życie tam różniło się od życia ogarniętej pożogą wojenną Europie, żeby docenić ten film. Spielberg nie przesadził, kiedy ukazał generała lotnictwa oglądającego w spokoju "Dumbo" (który to film faktycznie miał wtedy premierę), podczas gdy na zewnątrz trwa alarm lotniczy. Nie przesadził, ukazując pozostawienie przez wojsko bez opieki działa przeciwlotniczego na podwórku pewnej rodziny zachwyconej nową "zabawką". Nie przesadził z ostrzałem własnych samolotów ani z antyjapońską histerią - Amerykanie widzieli wroga dosłownie wszędzie i nawet wystrzał z rury wydechowej samochodu mógł wywołać alarm bojowy, a co dopiero przelatujący samolot - nawet z własnymi znakami na skrzydłach!

Jak to często bywa, twórcom udało się przekazać parę ciekawych prawd o rzeczywistości tamtych czasów. Jeden z żołnierzy jest Murzynem, co dzisiaj może nie jest niczym nadzwyczajnym, ale wówczas - owszem, było nieco dziwne. Jest bowiem faktem, że właśnie służba w wojsku była jednym ze sposobów uniknięcia, przynajmniej w pewnym stopniu, segregacji rasowej. Film ukazuje też w "krzywym zwierciadle" ówczesnych wrogów - Japonię. Załoga okrętu podwodnego nie radzi sobie z kompasem, lunapark bierze za fabrykę, a na dodatek nie mają radia, bo dopiero zastanawiają się nad jego "miniaturyzacją", by móc je wcisnąć na pokład. Wbrew pozorom, nie ma w tym wiele przesady - nowoczesna, wiodąca prym w rozwoju technologii Japonia miała dopiero nadejść.

Moim zdaniem o ostatecznym sukcesie filmu przesądzili aktorzy. Wspomniałem już takie nazwiska jak Treat Williams czy John Belushi, który w roli pilota-paranoika "Dzikiego" Billa jest po prostu tak obleśny, ze aż wspaniały. W filmie pojawia się też Dan Aykroyd jako sierżant i mimowolny autor jednego z najbardziej pompatycznych znanych mi przemówień patriotycznych oraz John Candy który radośnie jeździ czołgiem po samochodach. Nie mogę też zapomnieć o krótkiej, ale świetnej roli Christophera Lee w roli niemieckiego oficera wspomagającego Japończyków swoją wiedzą - zachowuje się i mówi jak rasowy przedstawiciel "rasy panów". W filmie pojawia się wielu innych aktorów zaliczanych dzisiaj do ścisłej czołówki tamtych lat. Warto wspomnieć, że postacie przez nich grane używają języków krajów, z których pochodzą.
Zapomniałbym dodać, że "1941" zaczyna się dokładnie tak samo, jak "Szczęki". Aktorka również jest ta sama. Reszta... przekonajcie się sami. Wszystko razem sprawia, ze filmowi temu przyznaję 9 punktów na 10. Przy czym ocenę zawyża fakt, że znam historię USA i wiem, co się tam faktycznie działo w czasie wojny.

poniedziałek, 27 maja 2013

Christopher Lee kończy 91 lat!


Dzisiaj obchodzi urodziny jeden z moich ulubionych aktorów - jeśli nie "naj". Sir Chistopher Frank Carandini Lee to nazwisko znane każdemu, kto chociaż odrobinę interesuje się kinem - nawet jeśli nie interesuje się filmami z gatunków, w których Aktor ten znalazł upodobanie. 

Człowiek ten jest obiektem mojego nieskończonego podziwu. Rekord Guinnessa w kategorii "największa liczba zagranych ról", prowadzenie programów, a nawet udany (moim zdaniem) występ jako muzyka... Obok takiego człowieka nie sposób pozostać obojętnym. W dodatku grywał postacie pochodzące z różnych krajów - zawsze w pełni wiarygodnie. Ktoś, kto oglądał zapomniany dość film Spielberga "1941" zwrócił może uwagę na osobę niemieckiego oficera na pokładzie japońskiego okrętu podwodnego - przyznam, że sam nie od razu zauważyłem, że gra go Christopher Lee. Między innymi dlatego, że zachowuje się tam i mówi jak standardowy niemiecki oficer, jakby żywcem przeniesiony z filmu 
"Das Boot".

Moje pierwsze zetknięcie się z Christopherem Lee to "Człowiek ze złotym pistoletem" - jeden z cyklu filmów o przygodach Jamesa Bonda. Zagrał tam postać Scaramangi - płatnego zabójcy. Teoretycznie mógłby to być "jeszcze jeden film z serii" jednak C. Lee dokonał rzeczy niezwykłej. Otóż w filmach o przygodach agenta 007 wrogowie tytułowego bohatera byli jakby pozbawieni charakteru. Mieli swoje zachcianki, byli niewątpliwie źli, ale nie mieli zwyczajnych, ludzkich cech: nie znaliśmy ich zainteresowań, przywar, słabości czy zalet - po prostu byli obiektem do wyeliminowania. Tymczasem Scaramanga wybijał się w tego schematu - w znacznej mierze dzięki doskonałej grze aktorskiej. Kto wie, może to sam aktor nalegał na nadanie mu pewnej wyróżniającej się osobowości?

Mało który aktor pozwoliłby sobie na przypięcie łaty tego "złego". Tymczasem Lee jakby wyspecjalizował się w grze negatywnych bohaterów. Zupełnie, jakby zdawał sobie sprawę, że widownia dopinguje protagonistów, ale kocha się w złych... Trudno bowiem ocenić Draculę jako postać jednoznacznie złą - w oczach widzów jest raczej postacią tragiczną, obiektem współczucia. A przecież Dracula to tylko jedna z dziesiątek setek ról C. Lee. Aktor ten był jedynym członkiem obsady "Władcy Pierścieni", który miał okazję osobiście rozmawiać z mistrzem Tolkienem - może dlatego Saruman w jego wykonaniu jest fenomenalny: posągowy, groźny, a jednak budzący szacunek. Christopher Lee ma ten niesamowity dar, że nawet epizodyczne jego pojawienie się zapada w pamięć - pewnie dlatego z "Alicji w Krainie Czarów" najlepiej zapamiętałem postać Jabberwocky, który mówi głosem Aktora właśnie.

Nie da się też nie zwrócić uwagi na znakomitą sprawność pana Lee. Nie ma chyba drugiego aktora, który w tym wieku zachowałby tak wysoką sprawność (nawiasem mówiąc - mam wrażenie, ze wielu nastolatków mu nie dorównuje). A teraz jeszcze zabrał się za nagrywanie muzyki...Kto wie, może przy odrobinie szczęścia zobaczymy Go w trasie koncertowej. Wcale by mnie to nie zdziwiło.
Wszystkiego najlepszego!