Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Potwór z Bagien - kicz i poważna fantastyka w jednym

Swamp Thing

USA 1982
Scenariusz i reżyseria: Wes Craven
Na podstawie komiksu "Saga o Potworze z bagien" ("Swamp Thing")


„Monster movies” to coś więcej niż kategoria filmu, to klasa sama w sobie. Prawdziwy wysyp takich produkcji powstał w latach 50. XX wieku, a sporadycznie pojawiają się do dzisiaj. Cechą łączącą te filmy jest stosunkowo niski budżet i związane z tym rozwiązania w kwestii efektów specjalnych: potworem są przebrani ludzie lub zwierzęta. Niemal regułą jest, że podczas tworzenia stroju ktoś gdzieś zapomni ukryć guzika czy suwaka, skutkiem czego jest niezamierzony efekt komiczny, chętnie zauważany podczas pokazów dla koneserów tego typu kina.

Ja również uważam się za wielbiciela podobnych produkcji. Dlatego potrafię dostrzec w tych filmach przesłania, czasem pojawiające się przypadkiem. W latach 50. przesłanie w filmach SF było dość wyraźne i jednoznaczne (pisałem o tym we wpisie Potwory i Obcy - fenomen kina SF lat 50.). W latach późniejszych „Monster movies” były trochę sztuką dla sztuki, formą próby sprawdzenia się przez tego czy innego reżysera jako samodzielnego twórcy. Bywało też, że ktoś podchodził do takiego filmu z sercem. Do tej drugiej kategorii należy nie byle kto, bo sam twórca słynnego „Koszmaru z ulicy Wiązów” i „Krzyku” we własnej osobie. Zanim powstał pierwszy ze wspomnianych filmów, Wes Craven stworzył bowiem „Potwora z bagien” – film na bazie komiksu „Saga o potworze z bagien” opowiadającym o tajemniczym człekokształtnym stworze walczącym w obronie tytułowych bagien z nieuczciwymi ludźmi, a czasem i z nadnaturalnymi potworami.

sobota, 7 grudnia 2013

Nazajutrz - Ziemia po katastrofie

The Day After

USA 1983
Scenariusz: Edward Hume
Reżyseria: Nicholas Meyer

Z chwilą, gdy w ośrodku Los Alamos odpalano pierwszy w historii ładunek nuklearny, świat zmienił się w stopniu niewyobrażalnym. Od tej pory słowo „wojna” może  oznaczać koniec ludzkości. Z racji powagi i swego rodzaju beznadziei, jaki pozostawia w sercach widzów, temat wojny nuklearnej okazał się wyjątkowo nieatrakcyjny dla twórców filmowych. Dlatego niewiele powstało dzieł zajmujących się tym tematem. Do wyjątków zaliczyć można film telewizyjny z 1983 roku „Nazajutrz” - niezwykle realistyczny obraz przeciętnej grupy ludzi, nagle stających w obliczu zagłady spowodowanej wybuchem wojny, która nie jest ich wojną.

Rzecz dzieje się w Kansas City i okolicach. Kansas City to miasto jak wiele innych w środkowych stanach USA, otoczone ze wszystkich stron żyznymi polami i pastwiskami oraz farmami – a w pobliżu znajduje się duża baza rakietowa. Poznajemy właśnie kilkanaście osób zamieszkujących te miejsca. Są to przypadkowi ludzie wykonujący różne zawody i mający różne problemy. Jest starszy człowiek, lekarz, którego córka za wszelką cenę chce uciec z domu. Mamy rodzinę farmerów, gdzie mąż i ojciec rodziny nie bardzo godzi się z faktem, że jego córka właśnie niedługo wychodzi za mąż. Jest też młody człowiek powracający z innego miasta oraz żołnierz, który niedługo wraca do cywila. 

W międzyczasie niejako „zza ramienia” bohaterów widzimy obrazy w telewizorach, gdzie prezentowane są relacje z Europy, gdzie dochodzi do napięć między Niemcami Wschodnimi i Zachodnimi (pamiętamy, że akcja toczy się na początku lat 80!). Początkowo nikt się tym nie przejmuje – w końcu to są sprawy dalekie, które nikogo tutaj nie dotyczą. Potem jednak zza oceanu docierają wieści coraz bardziej niepokojące: armie NATO i Układu Warszawskiego ogłaszają mobilizację, dochodzi do przypadkowej wymiany ognia. Po raz pierwszy mówi się o wykorzystaniu niewielkiego ładunku nuklearnego. Mieszkańcy Kansas zdają sobie sprawę, że pobliska baza rakiet może uczynić z nich cel, zaczynają się bać. Jednak cały czas żyją nadzieją, że nie dojdzie do najgorszego – w końcu Kryzys Kubański zakończył się praktycznie bez jednego wystrzału. Jednak nagle okazuje się, że gdzieś odpalono pierwszą rakietę. Zostają wydane rozkazy. Mieszkańcy patrzą z niedowierzaniem w niebo – koniec znanego im świata nastąpi za pół godziny.

Tak mniej więcej wygląda pierwsza połowa filmu. Dalej obserwujemy powolną agonię ludzi – zarówno fizyczną, jak i duchową. W tym filmie nie ma miejsca na złudną nadzieję w postaci „cudownie ocalałego” członka rodziny czy szybko organizującej się pomocy i realizacji zawczasu przewidzianego planu ocalenia. Mamy brutalną rzeczywistość: ludzie pozbawieni zostają prądu, gazu i – co najgorsze – wody. Łączność przestaje funkcjonować – a kiedy zaczyna działać, okazuje się, że ani rząd, ani żadna organizacja nie potrafią poradzić sobie z katastrofą, którego rozmiar wszystkich przerósł. Początkowo wydaje się, że jest jeszcze nadzieja, ale ocaleni szybko uświadamiają sobie, że ich wysiłki na nic się nie zdają. Dlatego dochodzi do tragicznych scen: młody człowiek szuka lekarstwa na chorobę popromienną, ale lekarze sami na nią chorują. Kobieta, która rodzi dziecko, nie chce go nawet widzieć i zupełnie się nim nie interesuje – wie, że oboje niedługo zginą. Oddany sprawie lekarz poddaje się, kiedy odkrywa, że cały personel szpitala choruje i oddala się do rodzinnego domu – domu, który zniknął wraz z pierwszą eksplozją. W jednej scenie widzimy dwóch obejmujących się ludzi, którzy nigdy wcześniej się nie widzieli – ponury symbol pożegnania tego świata.

Twórcy filmu zrobili wszystko, by ukazać straszliwą prawdę o konsekwencjach wojny atomowej. Zwrócili też uwagę na kompletny bezsens wszystkich przewidywań i porad zawartych w różnych książkach i broszurkach rządowych. Lekarze organizują szeroko zakrojoną pomoc dla poszkodowanych – ale tych jest coraz więcej, lekarstwa szybko się kończą, a w warunkach braku transportu i łączności dostarczenie zapasów nie jest możliwe – zresztą kto je wyprodukuje? Ci, którzy schronili się w piwnicach domów wiedzą, że ich zapasy nie starczą na długo, tymczasem woda, ziemia i powietrze są skażone; każde wyjście na dwór oznacza wdychanie powietrza pełnego radioaktywnego pyłu. Uprawa ziemi skazana jest na niepowodzenie – różni „specjaliści” radzą zdjąć skażonej warstwy gleby, ale co z nią zrobić i skąd wziąć nieskażone ziarno do zasiewu, tego już nie mówią. Tym samym, chociaż wielu ludzi przeżyło, nie mogą oni zrobić nic, żeby ocalić siebie.

„Nazajutrz” to film telewizyjny o stosunkowo niskim (nawet jak na owe czasy) budżecie, jednak specyfika filmu sprawiła, że w żaden sposób tego nie widać. Dodano tu fragmenty filmów dokumentalnych i kronik ukazujących start rakiety, wybuch atomowy czy jego skutki. Jedynie sam moment ataku na określone miejsca wymagał stworzenia oddzielnych scen – te wyglądają nieco nienaturalnie, niemniej na swój sposób przerażają. Wojna w filmie trwa dosłownie trzy minuty, jednak jest to jedna z najbardziej przejmujących scen, jakie zdarzyło mi się oglądać – zarówno ze względu na elementy symboliczne (np. jednoczesne zatrzymanie się wszystkich zegarów) jak i budzący grozę moment „wyparowywania” ludzi i zwierząt w chwili wybuchu.

Twórcy „Nazajutrz” zamieścili na końcu filmu informację, że ukazane w filmie wydarzenia są złagodzoną wersją tego, co stałoby się naprawdę, gdyby doszło do wojny atomowej. Mimo upływu równo 30 lat od jego powstania ani sam film, ani jego przesłanie nie zestarzały się. Chociaż nie ma już ZSRR, a „Zimna Wojna” skończyła się dawno temu, to jednak głowice atomowe nadal istnieją. Oby spełniła się przepowiednia lekarza z filmu, który twierdzi, że ludzie nie są aż tak głupi, by je kiedykolwiek odpalić...

poniedziałek, 25 listopada 2013

W Pierścieniu Ognia - byc prawdziwą, kiedy wszyscy żądają fałszu

The Hunger Games: Catching Fire


USA 2013
Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt
Reżyseria: Francis Lawrence

Wiosną zeszłego roku poszedłem na „Igrzyska Śmierci” nieco pod przymusem, z powodu złożonej obietnicy. Może dlatego film początkowo oceniłem dość surowo. Musiało minąć ponad pół roku, zanim ponura wizja przyszłości Susanne Collins dotarła do mnie z pełną siłą – dzisiaj ekranizacji jej powieści niewiele mogę zarzucić. Na drugą część czekałem z niecierpliwością, a na wyjście do kina nikt nie musiał mnie namawiać.

W najmniejszym stopniu nie żałuję – i nie tylko ze względu na słabość do Jennifer Lawrence. Przede wszystkim dlatego, że jest o wiele bardziej dojrzały od części pierwszej. O ile „Igrzyska Śmierci” można nazwać jeszcze filmem adresowanym do nastolatków, to „W Pierścieniu Ognia” jest obrazem, który może poruszyć każde, nawet najbardziej dorosłe serce. Jakoś tak bywa, że drugie części trylogii są tymi bardziej mrocznymi. „Imperium kontratakuje” na przykład jest filmem, w którym zło ujawnia całą swą potęgę i chociaż pojawia się promyk nadziei, to jednak ci źli są górą i odnoszą kolejne zwycięstwa. We „Władcy Pierścieni” co dobrzy odnoszą pierwsze zwycięstwo, ale zdają sobie sprawę, z jak ogromną potęgą przyszło im się zmierzyć. „W Pierścieniu Ognia” zachowuje tę regułę.

Powinienem przyjąć, że każdy, kto zastanawia się nad obejrzeniem tego filmu, oglądał „Igrzyska Śmierci”, dla porządku jednak uczynię drobne przypomnienie. W Ameryce przyszłości istnieje 13 dystryktów trwających w półniewolnictwie względem stolicy – Kapitolu, którego mieszkańcy żyją w luksusie. W trakcie „Igrzysk” z każdego dystryktu losowanych jest dwoje zawodników (chłopiec i dziewczyna) w wieku 12-18 lat, by wziąć udział w grze o przetrwanie, z której cało może wyjść tylko jedna osoba. Katniss to dziewczyna z Dystryktu 12, która zgłosiła się sama w zamian za swoją siostrę. W trakcie przygotowań do Igrzysk dała się poznać jako buntowniczka. Wreszcie kiedy ona i jej towarzysz Peeta zostali ostatnimi żyjącymi zawodnikami, odmówili dalszej walki. Zyskali tak dużą sympatię, że darowano im ten akt buntu i oboje uznano zwycięzcami.

Akcja „W Pierścieniu Ognia” przenosi nas o rok do przodu. Zbliża się tournée, podczas którego ona i Peeta będą występować w kolejnych dystryktach i stolicy kraju, współczuć rodzinom pokonanych i dziękować Kapitolowi za dobrobyt, w jakim żyją obecnie. Jednak buntownicza natura Katniss daje o sobie znać. Prezydent Kapitolu zdaje sobie sprawę, że Katniss stanowi zagrożenie dla obecnego porządku, szuka więc sposobu na oczernienie jej i uśmiercenie już po tym, jak przestanie być bohaterką mas. Dlatego przypomina o starym zwyczaju – Igrzyskach Ćwierćwiecza, w trakcie którego walczą ze sobą zawodnicy wylosowani spośród dotychczasowych i nadal żyjących zwycięzców Głodowych Igrzysk. A że Katniss to jedyna kobieta – zwyciężczyni z Dystryktu 12, więc jej udział jest przesądzony.

W filmie mamy więc ponownie do czynienia z okrutnymi zawodami, jednak o ile w części pierwsze stanowiły oś filmu, o tyle tutaj są raczej dodatkiem. Właściwym tematem filmu jest bowiem chory świat, w którym żyją bohaterowie – dotyczy to dekadenckiego Kapitolu, jak też wynędzniałych i ociekających nienawiścią i poczuciem beznadziei dystryktów. Katniss szybko zaczyna rozumieć, że jako zwyciężczyni jej los wcale się nie polepszył, a wręcz przeciwnie – teraz będzie starannie inwigilowana, a niemal każdy aspekt jej życia będzie wyreżyserowany przez specjalistów z Kapitolu ku uciesze widzów. W takich warunkach z najwyższym trudem udaje się jej zachować godność i własne zdanie. Mieszkańcy dystryktów wcale nie wydają się w tym względzie lepsi – widzą w niej symbol walki z systemem, przywódczynię, która w końcu powiedzie ich do walki i reagują niechęcią, a potem agresją, gdy wezwanie się nie pojawia. Katniss staje się więźniem narzuconych ról, a wyjście z dowolnej z nich musi zakończyć się tragedią - nie tylko osobistą, ale i wszystkich, którzy żyją blisko niej.

Film jest, jak wspomniałem, o wiele bardziej okrutny i ponury niż część pierwsza. Jednocześnie pewne rzeczy, które w moich oczach nieco obniżyły ocenę „Igrzysk Śmierci”, teraz stają się jasne. Obserwując zachowanie Katniss żyjącej na granicy załamania nerwowego rozumiem już zachowanie jej mentora z „Igrzysk Śmierci”. W innym świetle zacząłem patrzeć też na przedstawicielkę Kapitolu, która pełni rolę opiekunki zawodników Dystryktu 12: w części pierwszej sprawiała wrażenie sztucznego produktu, rodzaj bezmyślnej i pozbawionej uczuć celebrytki – dopiero teraz widać, że starannie maskuje swoje uczucia, by lepiej wczuć się w rolę i uniknąć losu może nawet gorszego od śmierci. Okazuje się bowiem, że mieszkańcy Kapitolu również żyją w swego rodzaju niewoli – podobnie jak mieszkańcy dystryktów muszą uważać na to, co mówią i czynią. W filmie mniej jest krwawych scen przemocy, jednak te, które się pojawiają, są o wiele bardziej sugestywne i poruszające. Mniej jest tutaj młodych ludzi zmuszonych do zabijania się nawzajem (Katniss i Peeta są zresztą najmłodszymi zwycięzcami), pojawiają się za to sceny egzekucji i brutalnych aresztowań wykonywanych przez aparat bezpieczeństwa. Katniss, podobnie jak w części pierwszej, pozwala sobie na przejawy buntu, jednak tym razem są one bardziej dojrzałe i przemyślane. Jej działania budzą podziw, ale i smutek – są to bowiem gesty osoby przeświadczonej o tym, że ma umrzeć i nie ma już nic do stracenia.

„W Pierścieniu Ognia” jest również, w sposób znacznie bardziej wyrazisty niż część pierwsza, na podstawie której powstał, krytyką pewnych istniejących dzisiaj zjawisk w świecie mediów czy gospodarki. Pierwsza część przyzwyczaiła nas do obrazu bezmyślnego, dekadenckiego tłumu, folgującego najniższym instynktom i spragnionego krwawej rozrywki. Tutaj posunięto się o krok dalej. Nierówności społeczne są o wiele bardziej wyraźne. Na przykładzie „Wioski Zwycięzców”, w której mieszkają Katniss i Peeta widać, że w nędzy dystryktów nawet najmarniejszy kawałek chleba czyni człowieka bogaczem. Tym bardziej ohydny wydaje się widok luksusowej uczty wydanej na część zwycięzców w Kapitolu, gdzie ludzie dostają więcej jedzenia, niż są w stanie zjeść. Karygodne marnotrawstwo żywności i innych dóbr oburza nie tylko w tym filmie – niełatwo poddaję się tego typu propagandzie, ale przyznam, że obiecałem sobie uważniej patrzeć na to, ile czego kupuję i czy naprawdę jest mi to potrzebne.

„W Pierścieniu Ognia” nie zawodzi mnie również pod względem technicznym i aktorskim. O słabości do Jennifer Lawrcence już wspominałem, nawet nie będę próbował ocenić jej obiektywnie. Powiem tylko, że jest jedną z nielicznych znanych mi aktorek, która potrafi naprawdę przekonująco zagrać każdą emocję, za pomocą drobnych jedynie zmian w mimice, a więc prawdziwie, bez przesadnych, teatralnych gestów. Pozostali aktorzy, również ci młodzi, w moich oczach spisują się bez zarzutu. Wizualnie film jest świetny, nie ma też denerwującego mnie w poprzedniej części efektu „roztrzęsionej kamery” mającej zapewne wnieść element dynamiki – tym razem podobną rolę spełniają krótkie ujęcia i odpowiedni montaż z dopasowaną muzyką. Jeśli już miałbym doczepić się czegoś, to jednej rzeczy, mającej związek z samą powieścią. Otóż pojawia się zagrożenie totalnego zniszczenia zbuntowanych dystryktów. No dobrze, a kto wtedy będzie pracował? Kapitol nie posiadał jakichś androidów roboczych, a ktoś musiał te wszystkie dobra wytwarzać bądź wydobywać potrzebne surowce. Dość poważne niedopatrzenie moim zdaniem.

Za jedną wadę odejmuję jeden punkt. Pozostaje więc ocena 9/10. W pełni zasłużona, bardzo silna dziewiątka.

PS. Czy tylko mi się wydaje, że dystrybutor tradycyjnie dał ciała z tłumaczeniem tytułu?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarne lustro - czy naprawdę upadliśmy tak nisko?

Black Mirror

Wielka Brytania 2011-2012
Scenariusz: Charlie Brooker

Czarne Lustro to przeciwieństwo magicznego lustra z "Królewny Śnieżki". Nie dowiemy się z niego, kto jest najpiękniejszy w świecie. Ono ukazuje nam, jak nisko upadliśmy i jak nisko upaść jeszcze możemy. Dziękujmy za to mediom - ale przede wszystkim sobie. Nie oszukujmy się - media kształtują nas w tym samym stopniu, w jakim my kształtujemy media. One produkują to, czego my chcemy. Szokują nas, budzą wstręt i obrzydzenie - ale nie byłoby tego, gdybyśmy tego nie chcieli. A chcemy coraz więcej i więcej: więcej przemocy, bluźnierstw, łamania barier, a coraz mniej myślenia i tego, co nazywano człowieczeństwem.

W 2011 Charlie Brooker, brytyjski twórca znany z kontrowersyjnych pomysłów napisał scenariusz do bardzo nietypowego serialu będącego czymś, co mogę nazwać mieszanką dramatu, horroru psychologicznego i niewielkiej domieszki fantastyki. Serial składa się z dwóch sezonów liczących po trzy 45-minutowe odcinki, z których każdy opowiada nieco inną historię. Wszystkie łączy jedna rzecz: życiem ludzi w przedstawionym świecie rządzą media i portale społecznościowe. Serial osadzono w przyszłości odległej czasem o kilka lat, czasem o kilkadziesiąt, ale nie ma wątpliwości, że każdy odcinek ukazuje nam to, co jest tu i teraz.

Pierwsze spojrzenie w Czarne Lustro ukaże nam najpierw premiera Wielkiej Brytanii, który pewnego dnia dowiaduje się, że ktoś porwał pewną nastolatkę. Zginie ona, jeśli o ustalonej godzinie wszystkie telewizje w kraju nie pokażą, jak premier dopuści się stosunku seksualnego ze zwierzęciem. Specjaliści są zgodni: ludzie stają po stronie znanej blogerki i ulubienicy Youtube'a i nalegają, by premier poświęcił swoją godność. Spojrzenie drugie to osadzona w nieco dalszej przyszłości opowieść o ludziach spędzających ogromną większość życia w wirtualnym świecie, nieumiejących już prawie rozmawiać ze sobą. Nie pracują, nie uczą się - przez cały niemal czas oglądają krzykliwe reklamy, teledyski, filmy dozwolone od lat 21, idiotyczne reality-show i grają w brutalne gry. Ale prawie nikomu to nie przeszkadza. Historia trzecia opowiada o grupie przyjaciół, którzy świetnie bawią się rozpamiętując pewne wydarzenia ze swojego życia - umożliwia im to "ziarno", specjalny chip nagrywający wspomnienia w formie filmów, które można odtwarzać na ekranie telewizora. Wspomnienia nie niosą już praktycznie żadnych emocji - można za to świetnie się rozerwać oglądając czyjeś radości, niepowodzenia czy nawet sytuacje intymne jego oczami.

Drugie spojrzenie w Czarne Lustro to kolejne trzy historie. Pierwsza z drugiego sezonu, czyli czwarta, ukazuje kobietę, która rozpacza po śmieci męża, postanawia więc stworzyć sobie jego wirtualną wersję. Rzeczona wersja musi co i raz przypominać, że jest tylko sztucznym tworem, gdyż najwyraźniej ktoś stracił rozeznanie, czym jest rzeczywistość. Opowieść piąta ukazuje polowanie na kobietę, która budzi się w mieszkaniu, nie pamięta kim jest ani co robiła, zanim się tam znalazła. Kiedy wychodzi na zewnątrz, okazuje się, że czeka już na nią kilka uzbrojonych osób. Ich celem jest zadać jej ból i cierpienie - a wszystkiemu przygląda się zafascynowany tłum nagrywający filmy na kamerach i komórkach. Bohaterem ostatniego odcinka jest mężczyzna pracujący jako głos animowanego misia - wulgarnej i chamskiej postaci z kreskówki, którą właśnie z tego powodu wszyscy uwielbiają. Uwielbienie przeradza się w ślepy fanatyzm, kiedy animowany miś nakazuje ludziom bojkotować wybory, gdyż wszyscy politycy kłamią, a poza tym i tak niczego się nie da zrobić, więc po co próbować? Kiedy uwielbiana postać namawia do aktów przemocy, również nikt nie protestuje.

Ascetyczna czołówka budzi pewien niepokój, który towarzyszy przez cały czas trwania odcinka i pozostaje jeszcze długo po tym, jak znikają napisy końcowe. Chciałbym powiedzieć, że opowiedziane historie są jedynie wytworem chorej fantazji scenarzysty, ale nie mogę. Brooker pokazał bowiem stan faktyczny - pokazał, co zrobiły z nami portale społecznościowe, programy o ludziach, co mają talent, reality-show oraz coraz bardziej chamskie i brutalne filmy adresowane rzekomo do dzieci. Zastanówmy się: istniały już programy, w których (czasem uczestnicy byli tego świadomi, czasem nie) namawiano pary, by wymieniły się partnerami, singli - by rozbijali pary, a samotnych mężczyzn - by próbowali poderwać transwestytę. W każdym wypadku pojawiały się pojedyncze głosy, że to chore, niemoralne, nieludzkie - głosy te jednak skutecznie zagłuszały rosnące słupki oglądalności. Nic nie było zbyt obrzydliwe i zbyt bluźniercze, na wszystko znajdowali się widzowie.

Nie inaczej jest z wpływem mediów na ludzi. Od lat wielu mądrzejszych ode mnie zastanawiało się - czy media kształtują ludzi czy odwrotnie? Serial Brookera daje odpowiedź dość jednoznaczną: media są jakie są, gdyż ludzie sami tego chcą. Więcej przemocy, więcej perwersji, więcej bezpardonowego wchodzenia z butami w cudze życie. A jeśli uda się przy okazji komuś zniszczyć życie - tym lepiej. Ludzie jakoś tak mają, że lubią oglądać cudze życiowe porażki, cieszą się widząc łzy rozpaczy i poniżenia. Nie łudźmy się - wiele osób czekałoby z niecierpliwością mogąc zobaczyć upokorzenie znanej postaci, zwłaszcza polityka i żadna prośba ani groźba nie nakłoniłaby ich do wyłączenia telewizora. Wielu ludzi gotowych byłoby na złamanie wszystkich swoich zasad i porzucenie najbliższych w zamian za parę minut sławy w programie wątpliwej reputacji. Wiele osób pali się do tego, by poznać najdrobniejsze szczegóły życia intymnego innych, traktując to jako dobrą rozrywkę. Mnóstwo ludzi nazywa "przyjaciółmi" tych, których nigdy nie widzieli na oczy, a porozumiewali się jedynie za pośrednictwem Facebooka. O tym, że w miejscach wypadków i katastrof gromadzą się tłumy nie po to, by pomagać, ale po to, by filmować, nie trzeba nikogo przekonywać. Wreszcie nikogo chyba nie muszę przekonywać, że młode pokolenie chowane jest w podobnym duchu, między innymi za sprawą bajek, które nie niosą żadnych wartości, są pełne bezsensownej przemocy i zawierają "humor" oparty jedynie na bekaniu, wulgarności, przekleństwach i bezsensownej przemocy. Nie trzeba też przekonywać, że żyjemy w społeczeństwie, które lubi narzekać na istniejący stan rzeczy, ale nie robi absolutnie nic, żeby to zmienić. Wielu chce zniszczyć to, to jest, ale nie ma żadnego pomysłu na budowę nowego. Nie ulega też wątpliwości, że poziom debaty publicznej osiągnął dno ukazane w serialu - przynajmniej w Polsce: miejsce rzeczowych argumentów zajęły wyzwiska i próby ośmieszenia rozmówcy.

"Czarne Lustro" to chyba najbardziej wstrząsający obraz, jaki oglądałem kiedykolwiek na ekranie telewizora. W kilku miejscach surrealistyczny, czasem pewne zjawiska celowo wyolbrzymiono. Jednak obraz społeczeństwa ukazany w serialu jest na tyle sugestywny, że nie pozwala dostrzec ewentualnych wad - po prawdzie po obejrzeniu już pierwszego odcinka nie mogłem patrzeć na swoje odbicie w lustrze i było mi autentycznie wstyd, że swego czasu wszedłem na jakąś stronę internetową czy obejrzałem ten bądź inny filmik nie zastanawiając się po co właściwie tracę w ten sposób czas

"Czarne Lustro" dostaje u mnie bardzo silne "9". Jeden punkt odejmuję za odstający od reszty odcinek pierwszy drugiego sezonu - zbyt melodramatyczny i nietrzymający w napięciu. Niemniej serial jako całość polecam gorąco.

sobota, 16 listopada 2013

Widmo - Muzyka i samochody z fantastyką w tle.

The Wraith

USA 1986

Scenariusz i reżyseria: Mike Marvin

Cudowne lata osiemdziesiąte... Zdaniem wielu muzyka miała przeżywała wtedy swoje najlepsze lata. Gatunki raczkujące w poprzedniej dekadzie teraz przeżywały rozkwit, inne – drugą młodość. Rock, new romantic i coś, co niektórzy złośliwie nazywają „pudel metalem” ze względu na specyficzną fryzurkę artystów wykonujących ten rodzaj muzyki. Muzyka była tak różnorodna i żywiołowa, że żaden film dla nastolatków (i nie tylko) nie mógł się obejść bez solidnej playlisty.

No i oczywiście samochody – zwłaszcza za oceanem. Kryzys paliwowy dał się solidnie we znaki Amerykanom, którzy gromadnie przesiadali się ze swoich krążowników szos do małych, oszczędnych wozidełek (w amerykańskim rozumieniu tamtych lat „mały” i „oszczędny” samochód oznaczał coś wielkości i oszczędności polskiego Poloneza). Powoli jednak zaczynała wracać miłość do czegoś, co w Ameryce nazywa się „muscle cars” - niewielkich, szybkich, stosunkowo niedrogich samochodów sportowych takich jak Ford Mustang, którym Bullit ścigał się po ulicach San Francisco. Amerykanie kochali (i kochają do dzisiaj) takie pojazdy, kojarzą im się z młodością, wolnością... a także z rzeczą tam dość popularną: nielegalnymi wyścigami samochodowymi.

Stosownie do zamiłowania młodych zmieniały się niskobudżetowe filmy klasy „B” - zaliczane do tej kategorii raczej ze względu na niskich lotów scenariusz niż ze względów budżetowych. Nawet miłośnicy taniej rozrywki domagali się bowiem pewnego poziomu. Pod wpływem „Gwiezdnych Wojen” zmieniały się gusta i nie wystarczał już gumowy kostium potwora. Teraz musiały być lasery i futurystyczna technologia. A przynajmniej udająca taką. W tym okresie i pod wpływem takich wymagań powstało wiele filmów klasy „B” dość specyficznych: były wypełnione muzyką, fantastycznymi pojazdami lub sprzętem, a także efektami specjalnymi, które dzisiaj określa się złośliwie jako wykonane w „paincie” - mniej było charakteryzacji, a więcej pseudofuturystycznej techniki oraz różnych efektów świetlnych. W przeciwieństwie do np. filmów lat 50. mniej było odwołań do wspólnego działania, zjednoczenia się przeciw wspólnemu wrogowi; częściej pojawiali się samotni mściciele, którzy wymierzali sprawiedliwość lub bronili ludzi przed zagrożeniem. Do tego nieco golizny, by odwrócić uwagę od paru niedociągnięć oraz by film lepiej się sprzedał i już.

Dobrym przykładem takiego filmu jest „Widmo” będące wręcz wcieleniem wszystkich opisanych wcześniej zasad. Film zalicza się do klasy „B” z racji płytkiej fabuły, bo budżet był dość wysoki jak na owe czasy (niemal 3 mln dolarów). Mamy tu samotnego mściciela – chłopaka imieniem Jake, który został zamordowany przez niejakiego Packarda kierującego miejscowym gangiem, siejącym postrach w okolicy. Packard obsesyjnie pożądał dziewczyny Jake'a, dlatego postanowił pozbyć się konkurenta. Jake jednak powraca w postaci Widma – mściciela w supersamochodzie, który zaczyna mordować członków gangu podczas organizowanych przez nich wyścigów.

Fabuła nie zwiastuje dzieła wybitnego – i tak w istocie jest. Nie da się nawet, jak w wielu produkcjach klasy „B” lat 50. opowiadać o ukrytych podtekstach i nawiązaniach do rzeczywistości zimnowojennej. Ten film to proste kino rozrywkowe. Proste nie znaczy jednak prostackie ani tandetne. „Widmo” z wielu powodów oparło się zębowi czasu. Niebagatelny wpływ ma na to genialna muzyka: mamy tutaj spory repertuar artystów uznawanych dzisiaj za klasyków rocka i innych gatunków: jest muzyka Bonnie Tyler, Billy'ego Idola, Roberta Palmera i wielu innych. Za ciekawostkę można uznać fakt, że ich muzyka , przynajmniej za oceanem, uważana jest za najlepszą do jazdy samochodem. Właśnie, samochody... to drugi najmocniejszy punkt filmu. Nie jestem miłośnikiem czterech kółek, ale na niektóre z tych pojazdów miło sobie popatrzeć. Szczególnie efektownie prezentuje się pojazd tytułowego bohatera. Wbrew pozorom nie został on skonstruowany na potrzeby filmu – jest to tzw. "concept car" firmy Dodge z 1984 roku.

Chyba właśnie ze względu na samochody i świetną muzykę film nawet dzisiaj wydaje się dość świeży. Wrażenie to pryska w kilku jedynie momentach. Efekty specjalne związane głównie z „cudownym” pojawianiem się i znikaniem samochodu "Widma" wyglądają dzisiaj dość śmiesznie. Nawet 30 lat temu nie był to szczyt możliwości technicznych. Czasami chęć użycia futurystycznej technologii ośmiesza ją – na przykład kiedy bohater trzyma w ręku obwieszoną lampkami bron, która okazuje się być jednak zwykłą strzelbą. Po co te lampki w takim razie? Do tego sam pojazd: człowiek myślałby, że taki wóz będzie miał super osiągi i nie wiadomo jakie wyposażenie, a tymczasem w kilku momentach widzimy zupełnie normalny pojazd, do którego ktoś „dokleił” czerwone błyski znamionujące jakąś nieznaną formę energii. Chyba. Do tego jeszcze spotykana i dzisiaj idiotyczna scena: jedzie ciężarówka, dookoła rozróba, wybuchy, z przyczepy sypie się ładunek, a kierowca niczego nie widzi i jedzie, jakby nic się nie działo.

Niemniej muszę przyznać, że pomimo tych kilku wpadek film dobrze mi się oglądało. Film doskonale oparł się zębowi czasu, i jak na film kierowany raczej dla nastolatków lat 80. prezentuje całkiem niezły poziom, w tym również dobrą grę aktorów. Aż sam jestem zaskoczony, że „Widmu” aż 7 punktów na 10 przyznaję. Naprawdę ten film zasłużył sobie na to. Pewnie więcej go nie obejrzę - ale ten jeden raz zdecydowanie było warto.

czwartek, 31 października 2013

Push - Matrix bez ducha

Push

Kanada, Wielka Brytania, USA 2009
Scenariusz: David Bourla
Reżyseria: Paul McGuigan


"Matrix", oczywiście tylko i wyłącznie część pierwszą, uważam za film niezwykły, podobnie jak wielu. W moich oczach był kolejnym przypomnieniem, że SF to nie tylko efekty specjalne, ale coś więcej - sposób na przemycenie pytań dotyczących na przykład kondycji Człowieka czy otaczającej rzeczywistości i próba poszukiwania odpowiedzi. Nie każdemu "Matrix" musiał się podobać, ale chyba nikt nie nazwałby tego filmu bezwartościowym.

Powiedzmy sobie szczerze - to nie efekty specjalne (poniekąd świetne) sprawiły, że "Matrix" zajął miejsce na półce z napisem "Kultowe", ale właśnie umiejętne ich połączenie z filozoficznym podtekstem. Gdyby obedrzeć film z tego elementu, zostałaby jedynie efektowna kopanina. Coś jak powstały kilka lat temu "Push" na przykład. Właśnie to jest doskonały przykład na to, czym byłby "Matrix", gdyby postawić na efekty specjalne i otoczkę wizualną, a zaniedbać resztę. Otrzymalibyśmy ładnie zrobiony film akcji z elementami SF, zapadający w pamięć z powodu kilku scen, ale to wszystko. Na półce z napisem "Kultowe" na pewno by się nie znalazł.

"Push" to opowieść o tym, jak to na świecie istnieją sobie ludzie obdarzeni różnymi zdolnościami nadprzyrodzonymi: jedni mają dar telekinezy, inni prekognicji (z nieznanych mi przyczyn uparcie choć błędnie nazywanej jasnowidzeniem), jeszcze inni potrafią krzykną tak, że rozbijają szyby (mózgi zresztą też), mogą też uzdrawiać, zmieniać bądź kasować pamięć. Są też ludzie zdolni wytropić każdego zawsze i wszędzie, i tacy, co potrafią przed wytropieniem uchronić. Jedni żyją w ukryciu, inni przystali na współpracę z rządem.

Bohater imieniem Nick ma dar telekinezy i nie współpracuje z nikim. Po prawdzie to prowadzi żywot niemal menela. Talent odziedziczył po ojcu, którego zamordowali ludzie należący do "Wydziału" - sekretnej (a jakże) jednostki zajmującej się tropieniem i badaniem ludzi ze wspomnianymi zdolnościami. Bohater żyje sobie już jako niemal dorosły, kiedy przybywa do niego dziewczynka, która rysuje to, co ma się stać. Jeden z jej rysunków przedstawia Nicka i ją. Dziewczynka opowiada o tym, że przeznaczeniem naszego bohatera jest znaleźć tajemniczą walizkę, zanim zrobi to "Wydział". Walizka zawiera substancję, która potencjalnie może zwiększyć zdolności nadprzyrodzone, a traf chciał, że jedyną osobą, która przeżyła kurację tą substancją, jest dziewczyna bohatera. Substancją interesują się też inni ludzie obdarzeni dziwnymi mocami, więc Nick i jego nowo poznana przyjaciółka muszą uciekać niemal przed wszystkimi, w tym przed demonicznym szefem "Wydziału".

Film miał być z założenia czymś więcej, niż tylko mieszaniną akcji i SF. Na moje oko twórcy nie tyle nie postarali się, co przedobrzyli, bo chcieli, żeby ich film był wszystkim. Wskazuje na to niby-dramatyczny głos dziewczęcej bohaterki, która na samym początku opowiada o tragicznej sytuacji ludzi z mocami, a także co jakiś czas pojawiające się wtręty o tragicznej przeszłości Nicka i jego dziewczyny. Twórcy bardzo zainspirowali się "Matrixem", bo najwięcej czasu poświęcono czterem postaciom, które mają silny wpływ na rzeczywistość: dwóm paniom widzącym przyszłość oraz szefowi "Wydziału" i ściganej przez niego uciekinierce, którzy z kolei potrafią "wdrukować" komuś nieistniejące wspomnienia. Mam wrażenie, że twórcy "Push" bardzo chcieli pokazać w ten sposób, że ich dzieło jest równie symboliczne i wiele mówiące, co "Matrix", bo tak samo stawia pytania na temat tego, czym jest rzeczywistość i czy można uciec przed przeznaczeniem. Tylko że te wątki pojawiają się często, ale jedynie jako element rywalizacji między obiema stronami. Ostatecznie są tylko dodatkiem do akcji, a nie jej głównym tematem.

Za to kiedy zaczyna się coś dziać, to uwierzcie mi, jest na co popatrzeć. Fakt, że próby uduchowienia filmu sprawiły, że akcja momentami kuleje, a niektóre sceny są dodane chyba tylko po to, by wprowadzić kolejną postać obdarzoną jakąś mocą, ale jest parę momentów, które naprawdę potrafią wbić w fotel. Do takich scen należy pojedynek między głównym protagonistą a asystentem szefa "Wydziału" - obaj mają zdolność telekinezy, więc walka w ich wykonaniu jest naprawdę ciekawa. A już scena samotnej niemal walki wspomnianego asystenta z całą gromadą wrogów to istny majstersztyk. Gdyby takich scen było więcej, to film oceniłbym właśnie jako akcję i w tej kategorii ocenę miałby dość wysoką.

Dodać też muszę, że oryginalnie wypadła jedna rzecz z efektami wizualnymi niezwiązana, chociaż  jest to chyba skutek przeoczenia, niż celowe działanie. Trudno nie zauważyć rodzącego się uczucia między bohaterem a jego małoletnią przyjaciółką - ta bowiem ubiera się i zachowuje nad wiek dorośle (żeby nie powiedzieć wyzywająco), a rodzący się związek przypominał mi nieco to, co widzieliśmy w słynnym "Leonie". Mimo że Nick stara się uwolnić dziewczynę, nietrudno zauważyć, że woli spędzać czas z tą młodszą. Ona zresztą też nie za bardzo znosi obecność "ex" bohatera. Widać wyraźnie, że dziewczyna czuje się samotna, potrzebuje opiekuna i obiektu adoracji, czego symbolem staje się Nick. Wnosi to pewien akcent komediowy i w pewnym sensie psychologiczny muszę przyznać, czego twórcy zapewne nie przewidzieli i nie zamierzali uczynić. Mimo to naprawdę mnie zastanawia, czy to scenarzysta, czy kamerzysta miał skłonności do małoletnich dziewcząt, ponieważ co i raz pojawiają się ujęcia, które mogłyby zostać łatwo uznane za posiadające podtekst erotyczny.

Niestety, jest jak jest. Momentami dłużyzny, prowadzone "na siłę" rozmowy o tym, że nie można uciec przed przeznaczeniem (i tak śmieszny, że aż żałosny sposób ucieczki przed nim) bardzo zaniżają ocenę. Cóż, tak to jest, jak się chce za dużo. Ale i tak 6/10 u mnie ma.

wtorek, 8 października 2013

Igrzyska Śmierci - dlaczego lubimy patrzeć na rozlew krwi?

The Hunger Games

USA 2012
Scenariusz: Gary Ross, Suzanne Collins, Billy Ray
Reżyseria: Gary Ross

Przyznam uczciwie, że na "Igrzyska Śmierci" szedłem swego czasu z niechęcią - spodziewałem się nieudanej wariacji na temat "Battle Royale", a książki wówczas jeszcze nie znałem. Po pierwszym kontakcie film uznałem za na tyle udany, by obejrzeć go po pewnym czasie powtórnie. Obecnie uważam, że - mimo pewnych niedostatków - jest udaną produkcją, a przy tym dającą do myślenia, a nawet nieco wstrząsającą.

Pomysł o dzieciach zmuszonych lub zachęcanych do zabijania się nawzajem nie jest nowy - mieliśmy to we "Władcy Much", a przede wszystkim w brutalnym "Battle Royale". Co zadecydowało zatem o sukcesie "Igrzysk Śmierci"? Pomijając fakt, że jest ekranizacją udanej i niebanalnej powieści, myślę, że przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, iż fabuła nie jest skupiona na samej "grze", ale głównie na odczuciach głównej bohaterki. To z jej perspektywy poznajemy świat przyszłości i dzięki temu możemy lepiej wczuć się w emocje ludzi będących elementem tego świata.

Film zaczyna się niemal sielankowo - tak, jak czuje się główna bohaterka imieniem Katniss zamieszkująca wioskę na terenie tak zwanego Dystryktu 12, kiedy poluje na jelenia. Sielanka jest tylko pozorna - Dystrykt 12, podobnie jak pozostałe, podlega surowej karze za bunt z dawnych czasów: otóż co roku, w każdym z dystryktów zostaje wylosowanych dwoje ludzi, jedna dziewczyna i jeden chłopiec w wieku 11-18 lat, i zmuszeni do walki na śmierć i życie w grze zwanej Głodowymi Igrzyskami. Kiedy wylosowana zostaje jej młodsza siostra, Katniss decyduje się ją zastąpić. Zostaje wraz z kolegą wywieziona do Kapitolu. Tam przejdzie trening, aby wraz z pozostałymi trafić wreszcie na teren Igrzysk.

Fabuła jest jakby krzyżówką "Battle Royale" i "Uciekiniera". Jednak pozory mylą - "Igrzyska Śmierci" nie jest "zwykłym" slasherem czy futurystycznym brutalnym widowiskiem. Oczom Katniss poznajemy przyszłe USA podzielone na dwoje. Większość mieszkańców żyje w dwunastu dystryktach, ich egzystencja jest zaledwie nędzną wegetacją, której jedynym celem jest praca; jednak nie dla ich własnego dobra, lecz na rzecz Kapitolu - ogromnego miasta, które sprawuje rządy w kraju. Mieszkańcy Kapitolu są przedstawieni jako bogaci, obojętni na wszystko dekadenci, znudzeni powszechnym dobrobytem i żądni krwawych rozrywek. Nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć, jakie są koszty ich luksusowego życia. Co więcej - uważają, że dla 24 młodych "zawodników" udział w nich jest wręcz zaszczytem, gdyż mogą zaznać luksusów, jakich nigdy nie doświadczyli. Dla nich całe Igrzyska to jedynie dobra zabawa. Z kolei mieszkańcy dystryktów to ludzie niemal dzicy, odcięci od dóbr cywilizacji, żyjący na poziomie XIX-wiecznych robotników doświadczających niewyobrażalnej dzisiaj nędzy. Niewielki kawałek chleba sprawia, że jeden z nich staje się bogaczem patrzącym z góry na resztę, zaś konieczność zakupu dodatkowej porcji pożywienia przed daną rodzinę oznaczało nadliczbowe losy podczas wyborów do Igrzysk. 

Film jest bowiem, podobnie jak powieść, surową oceną współczesnych mediów oraz ich widzów. Na filmie widać jasno, że prawie nikt już nie pamięta, jaki jest cel Igrzysk. Liczy się oglądalność i zapewnienie dobre go widowiska. Czy w rzeczywistym świecie jest inaczej? Co i raz toczą się dyskusje na temat przemocy w mediach i jej akceptacji przez widzów. Twórcy programów typu "reality show" prześcigają się w tworzeniu widowisk coraz bardziej szokujących i balansujących na granicy nie tylko dobrego smaku, ale wręcz prawa. Jednocześnie ci sami twórcy twierdzą, że widzowie tego chcą. A co na to widzowie? Oni oczywiście twierdzą, że oglądają to, co mają - ale czy ktoś kogokolwiek zmusza do oglądania jakiegokolwiek programu? Chyba nie... W tej sytuacji kto wie, może ktoś zdecyduje się stworzyć program, w którym zadaniem zawodników będzie polować na siebie nawzajem - a wszystko to w imię oglądalności i zadowolenia spragnionego wrażeń i znudzonego życiem widza.



Czasami oglądając przeróżne konkursy czy "reality show" ludzie zapominają, że to wszystko dzieje się naprawdę, że to nie jest film, a uczestnicy mogą naprawdę cierpieć. W filmie jedyną osobą, która pamięta, że uczestniczy w okrutnej grze, jest Katniss. Grająca ją Jennifer Lawrence była dla mnie największą zaletą produkcji - i największym zaskoczeniem. Dzięki niej Katniss jest postacią budzącą niezwykłą sympatię widza. Jest też najbardziej ludzką postacią w filmie. Z niektórymi z zawodników zaprzyjaźniła się i nie chce z nimi walczyć, jeśli nie jest to konieczne. Oburza ją fakt, że wszystko dookoła niej jest uważane za świetną rozrywkę i dobry show, a nie za walkę na śmierć i życie. Owszem, cieszy się, kiedy zdobywa popularność, jednak nie jest to radość celebryty żądnego sławy, ale osoby, która rozumie, że dzięki temu zwiększą się jej szanse na przeżycie zawodów. Do końca też nie zapomina, skąd pochodzi i kto jest jej prawdziwym wrogiem. Pozwala więc sobie na drobne akty buntu - w jej sytuacji nawet nie ma sensu myśleć o otwartym sprzeciwie - wobec organizatorów Igrzysk.

Film niestety nie jest pozbawiony wad. Wynikają one jednak nie z winy twórców filmu, ale autorki książki, na podstawie której film powstał. Dziwi mnie na przykład fakt, że dystrykty ślepo podporządkowują się Kapitolowi mimo znacznej przewagi w ludziach oraz faktowi, że wystarczyłoby tylko kilka aktów "małego sabotażu" w postaci odcięcia dostaw, by Kapitol stał się ruiną. Dziwi mnie brak drobnych nawet aktów sprzeciwu i zamieszek podczas losowania zawodników. Nie rozumiem też organizacji Igrzysk (pozwolę sobie na malutki spojler): najpierw wydaje się ogromne pieniądze na szkolenie, a potem pozwala, żeby większość zawodników wybiła się w czasie kilkunastu sekund? Zabrzmi to nieludzko, ale gdybym to ja miał organizować takie zawody, to bym chociaż zadbał, by widowisko jakiś czas trwało. Za wadę uważam też spory przedział wiekowy zawodników - moim zdaniem pomysł, by do tych samych zawodów wybierano 18-latków i 11-letnie dzieci, jest co najmniej niedorzeczny. Chyba że miało to na celu ukazanie nieludzkiego działania organizatorów - wtedy ostatnią rzecz mogę odpuścić.

"Igrzyska Śmierci", pomimo początkowych obaw i mieszanych wrażeń, oceniam jednak zdecydowanie pozytywnie. Przedstawiona historia jest na tyle oryginalna oraz nakręcona na tyle starannie, że ocena 8/10 wydaje mi się w pełni zasłużona. Szkoda tylko, że wielu widzów nie zauważyło ukrytej w filmie krytyki mediów i pewnie nie przyjdzie im do głowy, że od dobrobytu im również przewraca się w głowach...

poniedziałek, 16 września 2013

Inwazja - udana wariacja na temat Porywaczy Ciał

The Invasion

Australia, USA 2007
Scenariusz: David Kajganich
Reżyseria: Oliver Hirschbiegel, James McTeigue

W 1956 roku nakręcono film raczej nie należący do wysokobudżetowych produkcji - "Inwazję Porywaczy Ciał", oparty na powstałej rok wcześniej powieści Jacka Finneya. Film o obcych wcielających się w ludzkie ciała, wyglądających jak ludzie, ale pozbawionych emocji i uczuć, stał się wielkim przeboje. Inspirowali się tym filmem wielcy pisarze SF, w tym Heinlein i Dick. Na jego podstawie powstało też - niestety - kilka mniej lub bardziej nieudanych remake'ow. Twórcy ich zapomnieli jednak, że siłą oryginału nie były efekty wizualne (w tych "dziełach" przekraczające momentami granice dobrego smaku), ale atmosfera.

Nie zapomnieli o tym na szczęście twórcy filmu "Inwazja". Nie silili się na stworzenie worka pełnego wizualnych "cudów"; postanowili - wzorem ducha pierwszego filmu i powieści - stworzyć nie tyle film SF, co raczej thriller, w którym fantastyka byłaby tłem. Zaczyna się więc niewinnie - od fragmentów relacji telewizyjnych ukazujących katastrofę promu kosmicznego. Porozrzucane szczątki zbiera policja i wojsko. Widzimy też, że przypadkowa kobieta kaleczy się o jeden ze szczątków, na którym znajduje się jakiś śluz. Potem przenosimy się do gabinetu pewnej pani psycholog. Rozmawia ona z jedną ze swoich pacjentek, która twierdzi, że jej mąż jest jakiś inny. Początkowo zrzuca to na objaw nowej epidemii grypy, o której mówi się w mediach. Później idzie z synem do domu znajomych - tam widzi kolegę syna, który wydaje się nieobecny. Wreszcie stwierdza, że zmienił się też jej były mąż. Wiedziona ciekawością, zaczyna szukać informacji i dowiaduje się, że wiele osób jest przerażonych tym, co się dzieje z bliskimi. Zdaje też sobie sprawę, że zaczyna ją obserwować wiele przypadkowych osób. Po kontakcie ze znajomym lekarzem dowiaduje się, że domniemana grypa to wirus dotąd nieznany, a ludzi nim zakażonych jest coraz więcej. Rozumieją, że Ziemi grozi inwazja z kosmosu.

Jako film fantastyczny "Inwazja" silnie nawiązuje do dzieła, na podstawie którego powstała. Jednocześnie film nieco uwspółcześniono i, w pewnym sensie, zwiększono jego realność. W relacjach telewizyjnych pojawiają się fragmenty autentycznych nagrań, np. z katastrofy promu "Columbia" czy zamieszek w Iraku. W filmie z 1956 mamy organizmy, które udawały ludzi. Zastąpienie takich istot wirusem uważam za dobry pomysł, zwłaszcza że charakterystyka patogenu została przeprowadzona dość rzetelnie pod względem naukowym - podobnie wiarygodnie wypadają sposoby poszukiwania lekarstwa. O wiele lepiej, niż we wspomnianych nieszczęsnych remake'ach, ukazano zachowanie ludzi, którzy są jeszcze zdrowi, ale chcą ukryć się w tłumie zakażonych: zamiast niemalże robotów mamy ludzi, którzy z trudem nad sobą panują, umieją zachować zimną krew, ale tylko krok dzieli ich od histerii i chęci ucieczki.

"Inwazja" jest przede wszystkim znakomitym thrillerem. Co ciekawe, nawet widz nieznający opisu filmu szybko zorientuje się, że bohaterowie mają do czynienia z inwazją z kosmosu - jednak twórcom udało się umiejętnie podtrzymać stan napięcia do samego końca. Najpierw wywołuje go niepokój wywołany nową, nietypową sytuacją. Potem lęk, że bohaterka lub jej syn staną się ofiarą zarazy. Wreszcie zaczyna się walka o przetrwanie i próby ucieczki w bezpieczne miejsce. Ale czy są jeszcze ludzie niezarażeni? W pewnym momencie zaczyna być trudno odróżnić zdrowych od zarażonych. Dokąd bohaterka ma uciec? Komu zaufać? A kiedy orientujemy się, że zdrowych może już nawet nie być, zaczyna się robić naprawdę strasznie.

Ważną rolę odgrywa w tym filmie umiejętna praca kamerzysty i montażysty. Początkowo ujęcia są długie, sceny - raczej statyczne. Później, kiedy akcja przyspiesza, ruchy kamery stają się lekko przyspieszone, jakby nerwowe, a sceny trwają po kilka sekund. Nie wywołuje to jednak wrażenia chaosu, ale przeciwnie - podkreśla stan ciągłego napięcia, w jakim żyją bohaterowie. Bardzo dobrze oceniam też grę aktorów - może z wyjątkiem Nicole Kidman. Główna bohaterka niestety nie umie ukryć emocji i w wypadku prawdziwej inwazji obcych szybko padłaby ich ofiarą. Patrząc na jej nerwowe ruchy i spojrzenia, dziw bierze, że zarażeni nie orientują się w jej prawdziwym stanie. Nawet jej syn radzi sobie lepiej. Na szczęście jest to jedyny element gry Kidman, który mi się nie podobał - jako zrozpaczona matka desperacko szukająca drogi ucieczki dla siebie i syna wypada świetnie.

Inną wadą filmu - zwłaszcza w porównaniu z oryginałem - jest mniejsza "obcość" i szkodliwość obcych. Z relacji telewizyjnych dowiadujemy się, że ich obecność na Ziemi rozwiązała sporo problemów. Nie tylko międzynarodowych, ale i w życiu prywatnym. Ludzie opanowani przez wirusa zachowują na tyle dużo ze swojego życia, że można zadać sobie pytanie: czy ten wirus naprawdę jest taki zły? Szczególnie, że zdrowi ludzie wcale nie wydają się o wiele lepsi niż ci niby "obcy". Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że oryginał nawiązywał do zauważanego w latach 50. problemu - w czasach Zimnej Wojny jednostka znaczyła mniej, niż ogół, walka z prawdziwym lub domniemanym wrogiem zniszczyła wiele karier i życiorysów. "Inwazja Porywaczy Ciał" miała być z jednej strony ostrzeżeniem, by baczyć na ludzi udających przyjaciół (potencjalnych szpiegów na przykład), a z drugiej - by nie przesadzić i w tej całej paranoi zachować ludzkie uczucia. W "Inwazji" wydaje się wręcz, że to właśnie wrażliwość i emocje jest naszym problemem. Odbiór jakby przeciwny do zamierzonego przesłania.

"Inwazja" to jednak całkiem niezły thriller, w którym bardzo umiejętnie wykorzystano wątki z "Inwazji Porywaczy Ciał". Nie osiągnął wielkiego sukcesu; przez chwilę się o nim mówiło, po czym zniknął. W moich oczach jednak zasługuje na uwagę jako przykład szczególnie udanego "odgrzewanego kotleta", jak to mówią, gdyż podano go jednak z zupełnie innymi przyprawami. Dlatego - mimo wspomnianych wad - ma u mnie ocenę 8/10.

piątek, 23 sierpnia 2013

Europa Report - raport jak prawdziwy

Europa Report

USA 2013
Scenariusz: Philip Gelatt
Reżyseria: Sebastian Cordero

Pod koniec lat 90. bezzałogowa sonda Galileo dotarła do jednego z księżyców Jowisza - Europy. Badania wykazały, że pod lodem pokrywającym księżyc mogą znajdować się oceany. W podobnych warunkach powstało życie na Ziemi - można więc zadać sobie pytanie, czy jakieś formy życia, choćby i bardzo prymitywne, nie powstały i tam? Film "Europa Report" to próba odpowiedzi na pytanie, jak mogłaby wyglądać misja załogowa na inne ciało niebieskie, a także poszukiwania życia pozaziemskiego.

Film nawiązuje do opisanej misji. Na początku dowiadujemy się o odkryciu na Europie przez bezzałogowe sondy wody, podziemnego oceanu, a także (co jest już wymysłem scenarzysty) umieszczonego pod lodem źródła ciepła. Wskazywałoby to na obecność kominów geotermalnych - miejsc, w których woda byłaby ogrzewana przez ciepło docierające z wnętrza Europy. Dlatego agencje kosmiczne jednoczą wysiłki w celu wysłania załogowej misji na ten księżyc. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem - potem jednak zaczynają się problemy... jednak statek dociera na miejsce. Załoga rozpoczyna badania. Zanim jeszcze uzyskane zostaną jakiekolwiek wyniki, niektórzy zaczynają mieć przeczucie, że coś na księżycu ich obserwuje.

"Europa Report" nakręcony jest w formie zmontowanych fragmentów nagrań kamer umieszczonych na statku oraz urywków kronik nagranych przed startem i po ukazanych w filmie wydarzeniach. Trzeba przyznać, że twórcy postarali się, by przydać swemu dziełu jak najwięcej autentyczności: nie ma "przypadkowego" użycia ręcznej kamery przez kogoś z załogi (jakże częsty zabieg, by pokazać coś intrygującego) - jeśli jeden z bohaterów mówi, że coś widział, ale kamera tego nie nagrała, to widz również tego nie zobaczy. Kamery nie zmieniają położenia, w rogu ekranu mamy zawsze wyświetloną informację, która z nich aktualnie nadaje. Obraz czasami psuje się lub faluje. Widać też czasami efekt prześwietlenia spowodowany przez świecące wprost na kamerę Słońce lub światło odbite od lodu. W świecie rzeczywistym też tak się dzieje.

Obok tego wielką zaletą filmu jest też bardzo wysoki stopień realizmu. Statek "Europa 1" zbudowany jest z użyciem znanej nam technologii - począwszy od napędu, a skończywszy na utworzeniu grawitacji przez wirujące wokół osi moduły mieszkalne. Spacery kosmiczne, operacje startu i lądowania nie odbywają się w cudowny sposób, lecz wymagają odpowiednich przygotowań i są dość czasochłonne. Nie ma też cudownie rozchodzącego się dźwięku w próżni czy nagłych ruchów statku w kosmosie - w przestrzeni kosmicznej panuje próżnia, więc o żadnym dźwięku nie ma mowy, a ruchy statku są płynne i powolne - jak w "Odysei Kosmicznej" - tylko bez tej pięknej muzyki. Nie chcę opowiadać szczegółów fabuły, dodam więc tylko, że samo badanie obecności życia również jest ukazane realnie - zamiast cudów typu "odkryliśmy ogromne drzewo albo nieznane zwierzę", mamy długie, mozolne szukanie śladów.

Równie realnie ukazani są bohaterowie. Wzorowani na współczesnych astronautach posiadają odpowiednie wyszkolenie i specjalizację. Nie są supermenami znającymi się na wszystkim: inżynier umie naprawić statek, ale nie za bardzo umie pilotować, z kolei pilot nie bawi się urządzeniami do analizy próbek gruntu. Przebywając na statku, wykonując jedynie rutynowe czynności, rozmawiają o niczym, żartują i dokuczają sobie nawzajem. Z drugiej strony, kiedy przychodzi co do czego, są profesjonalistami, którzy nie pozwalają, by emocje czy strach zapanował nad wyszkolonymi odruchami i robią, co do nich należy. Muszę tu zauważyć pewną ważną, a często pomijaną rzecz: otóż aktorzy odgrywający role astronautów nie mają żadnego makijażu (przynajmniej taki jest widoczny efekt). To logiczne - na statkach kosmicznych są ostre ograniczenia masy użytecznej, zużycia wody, harmonogram użycia łazienek itp. Skutkiem tego wyglądają nie jak aktorzy grający kosmonautów, tylko jak kosmonauci właśnie.

To, co zwiększa realizm filmu, sprawia jednak, że film nie jest zapadającym w pamięć dziełem. Przede wszystkim - dla współczesnego widza, przyzwyczajonego raczej do filmów takich jak "Star Trek" czy "Gwiezdne Wojny", "Europa Report" będzie zbyt statyczny i pozbawiony akcji. Spodziewam się, że wiele osób nie doceni wysiłku włożonego w uczynienie filmu realistycznym i narzekać będzie na nudę oraz monotonię. Mimo że trudno spodziewać się braku monotonii w misji trwającej 22 miesiące. Jedna rzecz też nie daje mi spokoju: czy naprawdę taka misja byłaby załogowa? Skoro na razie człowiek nie stanął nawet na Marsie - czy wysyłanoby aż 6 osób w podróż znacznie dłuższą i bardziej niebezpieczną? A może raczej zainwestowanoby w misję bezzałogową - związaną ze znacznie mniejszym ryzykiem, o kosztach nie wspominając? Sporą wadą filmu jest też fakt, że mniej miejsca zajmuje poszukiwanie życia pozaziemskiego, a więcej - problemy interpersonalne oraz walka z psującymi się urządzeniami. Zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości drobne naprawy pochłaniałyby więcej czasu niż same badania, ale mimo wszystko... można było chyba wybrać te ciekawsze fragmenty nagrań?

Biorąc pod uwagę wszystko powyższe, trudno mi "Europa Report" jednoznacznie ocenić. Z jednej strony powinienem ocenić film bardzo wysoko za realistyczne ukazanie misji załogowej na inne ciało niebieskie. Z drugiej strony - pewne elementy sprawiają, że film pozostawia niedosyt. Ostatecznie dam mu jednak te 7 punktów na 10. Polecam go zwłaszcza ludziom interesującym się astronautyką: jeśli marzycie o podróżach w kosmos, to tak właśnie one wyglądają.

sobota, 10 sierpnia 2013

Hancock - heros niechciany

Hancock

USA 2008
Scenariusz: Vince Gilligan, Vincent Ngo
Reżyseria: Peter Berg

Większość z nas w dzieciństwie, a może i w życiu dorosłym lubiła czytać komiksy o superbohaterach: obdarzonych nadludzkimi cechami herosach, którzy walczyli ze złymi ludźmi. Niejedno z nas pewnie samo marzyło o posiadaniu takich mocy. Ile możnaby wtedy zdziałać! Ale... czy bycie superbohaterem jest faktycznie aż takie "super"?

W Los Angeles żyje człowiek zwący się John Hancock, który jest innego zdania. Jest drobnym pijaczkiem mieszkającym w przyczepie gdzieś na przedmieściach; bohaterem, którego nikt nie chce i nie szanuje, ponieważ każda jego akcja przynosi straty większe, niż sama działalność bandytów. Udaje mu się na ten przykład schwytać furgonetkę z bandziorami, którzy napadli na bank i ukradli paręset tysięcy dolarów - fajnie, tylko że spowodował przy tym straty idące w miliony. Pewnego dnia ratuje przed przejechaniem przez pociąg pewnego specjalistę od wizerunku. Specjalista ten, który właśnie poniósł klęskę swojej kampanii dobroczynnej, jest szczęśliwy i wdzięczny Hancockowi za uratowanie życia i pragnie mu się odwdzięczyć. Otóż proponuje mu, że pomoże mu w poprawie wizerunku i całego życia. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza, że żona specjalisty nie lubi Hancocka i chyba coś o nim wie.

Film jest nieco nietypowym filmem fantastycznym, mającym domieszki i komedii, i dramatu. Przyznam, że spodziewałem się czegoś w klimacie animowanego "Megamocnego", czyli parodii filmów o superbohaterach. Tymczasem "Hancocka" nazwałbym prędzej filmem obyczajowym. Naprawdę. Jest tutaj trochę elementów komediowych (choćby rewelacyjna scena wspomnianego pościgu za furgonetką), ale czasami robi się smutno, a nawet autentycznie wzruszająco. Tutaj wielki plus dla dwojga aktorów: Willa Smitha, który udowodnił, że umie grać nie tylko luzaków ze skłonnościami do wygłupów. Rola Hancocka wymagała od niego zagrania większej gamy emocji i uczuć - moim zdaniem poradził sobie z tym znakomicie. Druga znakomita rola to żona specjalisty od wizerunku, grana przez Charlize Theron. Należy ona do wąskiego raczej grona aktorów, którzy chętnie grywają w filmach spod znaku SF i fantasy, a jej role w tychże filmach niemal zawsze zapadają w pamięć, niezależnie od tego, czy są to produkcje z górnej, czy raczej w tej dolnej półki. Tutaj również nie jest inaczej. Wraz z Willem Smithem stanowią bardzo udany duet, chociaż przyznam, że przez to postać wspomnianego specjalisty jakoś niknie w tle, chociaż jest nie mniej ważna.

Film znakomicie rozprawia się z mitem superbohatera. Wydaje się nam, że taki heros to ma fajnie, wszyscy go kochają... nic bardziej mylnego. Nie wystarczy durny kostium, żeby ludzie cię nie poznali. Hancock o tym wie, dlatego jest samotny. Ma z tego powodu wyraźny problem ze swoimi mocami, zdaje sobie z nich sprawę, ale wie też, że to one są przyczyną jego problemów z ludźmi. Czegokolwiek by nie zrobił, zawsze będzie obcym, wyrzutkiem, różniącym się od innych. Wie, że nigdy nie będzie taki jak wszyscy. Jego moce nie pozwalają mu na nawiązywanie przyjaźni (przyjaciele superbohatera są pierwszymi potencjalnymi ofiarami) ani miłości  - tutaj w grę wchodzą pewne aspekty fizjologiczne, pozwolę sobie nie opowiadać szczegółów, napiszę jedynie, że nie ma w tym filmie nic obscenicznego, jest za to trochę śmiesznie, chociaż może nie dla partnerki bohatera.

Film też można oglądać jako alegorię. Hancock jest typowym "człowiekiem z problemami", chociaż są one nieco nietypowej natury. Przez wiele lat wyobcowany, niechętny ludziom, nieufny wobec wyciągniętej w jego stronę ręki, w końcu się przełamuje. Mimo swojego charakteru wie, że taka szansa może się już nie powtórzyć i decyduje się ją w pełni wykorzystać. Oczywiście nie okazuje tego, przeciwnie - na każdym kroku stara się prezentować typową dla niego arogancję i obojętność. Jednak w pewnym momencie jego odpychające zachowanie staje się pozą, a on sam odkrywa u siebie cechy, których dotąd nie podejrzewał. Możnaby rzec - całkiem udane studium człowieka w trakcie odwyku lub mającego problemy ze sobą.

"Hancock" mnie totalnie zaskoczył. Spodziewałem się lekkiego filmu na sobotni wieczór, o którym szybko zapomnę. Tymczasem okazał się rzeczą nadspodziewanie ciekawą i oryginalnie nakręconą, w paru miejscach wzruszającą i z niebanalnym, moim zdaniem, zakończeniem. Nie jest to może film wybitny. Ale 7 na 10 punktów spokojnie mogę mu dać.

sobota, 20 lipca 2013

Bitwa Poza Gwiazdami - siedmiu kosmicznych wspaniałych

Battle Beyond the Stars

USA 1980
Scenariusz: Anne Dyer, John Sayles
Reżyseria: Jimmy T. Murakami


Filmy SF na przełomie lat 70. i 80. to nie tylko klasa "B", ale i dzieła wielkie, ambitne, wysokobudżetowe - a często wszystko to na raz. Wymyślone światy pozwalały na bardziej wyrazisty przekaz - a także widowiskowość, co z założeniu miało sprawić, że film będzie podobał się i tzw. szerokiej publiczności, jak i widzom wymagającym czegoś więcej, niż tylko rozrywki.

czwartek, 18 lipca 2013

Saturn 3 - o maszynie, która chciała być człowiekiem

Saturn 3

Wielka Brytania 1980
Scenariusz: John Barry, Stanley Donen
Reżyseria: John Barry, Martin Amis


Na przełomie lat 70. i 80. powstało wiele mniej lub bardziej znakomitych produkcji SF. Był to między innymi wynik ciepłego, wręcz entuzjastycznego przyjęcia przez publiczność "Gwiezdnych Wojen". Od momentu ich premiery zaczęły powstawać dziesiątki filmów w klimacie SF - co ważne, w wielu z nich fantastyka stanowiła jedynie wygodne tło dla fabuły, która nawiązywać miała do pewnych treści lub wartości ponadczasowych. Wśród nich były takie perełki, jak doskonały "Blade Runner", a także - uwielbiana przeze mnie, nieco zapomniana dziś produkcja brytyjska pt. "Saturn 3".

sobota, 13 lipca 2013

Super 8 - horror dla całej rodziny

Super 8

USA 2011
Scenariusz i reżyseria: J. J. Abrams


W oczekiwaniu na "Pacific Rim" jakoś mnie ostatnio wzięło na powtórkę filmów o potworach. I - o dziwo - za najciekawszy uznałem nie żaden z klasyków, ale produkcję nie dość, że raczej nową, to w dodatku nietypową, którą zakwalifikować można jako horror familijny. Chodzi mianowicie o "Super 8" J.J. Abramsa. Twórca ten zasłynął z "Zagubionych", jednego z najdziwniejszych seriali ostatnich lat, a także uznawanego za niezbyt udany (nie wiem, dlaczego) "Cloverfield". Jak widać reżyser lubi pofantazjować, ale jednocześnie chce, żeby jego bohaterowie byli ludźmi nieprzeciętnymi, często samotnymi, pokrzywdzonymi przez los, ale gotowymi stawić czoła przykrej rzeczywistości, a w porywach zmieniający się niemal w herosów. Brzmi jakby znajomo... kimś podobnym byli bohaterowie filmów przygodowych z końca ubiegłego wieku.

W latach 70. i 80. nie brakowało filmów przygodowych, które często ocierały się o fantastykę. Przodował w nich Steven Spielberg. On właśnie zainspirował Abramsa do napisania scenariusza filmu "Super 8", który miał nawiązywać do tamtych czasów i był swego rodzaju hołdem dla Spielberga za natchnienie. Ba, nawet miał dziać się 30 lat temu! Pomysł spotkał się z zainteresowaniem samego Spielberga, który niejednokrotnie pomagał Abramsowi w niektórych momentach. Jego wolą było mianowicie, by film jedynie nawiązywał do tamtych dzieł, ale nie kopiował ich. Skutkiem tego powstał film o jakby znanej konstrukcji, ale nie do końca przewidywalny i zaskakujący.