Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Russel Crowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Russel Crowe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

Robin Crowe... znaczy Robin Hood lepszy od innych

Robin Hood

Wielka Brytania, USA 2010
Scenariusz: Brian Helgelard
Reżyseria: Ridley Scott

Legendę o Robin Hoodzie zna każdy. A kto wie, jak powstała? Za pierwowzór bohatera uznaje się czasem wyjętego spod prawa łucznika Robina Hode'a, który od 1225 roku musiał uciekać przed prawem z powodu długów. Z czasem Hode zamienił się w "Hood" (maleńka gra słów), dodano wesołą kampanię (pierwowzór zapewne też miał towarzyszy - trzeba było tylko ich nazwać), pojawiła się lady Marion - i legenda gotowa. Prawie... bo jeszcze przydałoby się osadzić ją w "ciekawszych" czasach. Z pomocą przyszła historia - a właściwie jedna postać, Jan bez Ziemi; prawdopodobnie najgorszy król w dziejach Anglii. Tak nielubiany, że już nigdy żaden król angielski nie nosił tego imienia. Znienawidzony przez wszystkich, nieudolny, okrutny i samolubny, skłócony z tamtejszymi możnowładcami - idealny zły charakter! Do tego wystarczy dodać jego przeciwieństwo - "szlachetnego" Ryszarda Lwie Serce, który oczywiście staje po stronie Robina i już wszystko jest na miejscu. Legenda o Robin Hoodzie to wdzięczny temat dla filmu. Dzielny, wyjęty spod prawa bohater, który pomaga biednym walcząc z nieuczciwym szeryfem i księciem, wątek miłosny... Idealny materiał na film!

Wszystko fajnie, ale historycznie trochę nie tak. Ryszard Lwie Serce prawdopodobnie nie znał słowa po angielsku, a "swoje" królestwo traktował wyłącznie jako źródło finansowania kolejnych wypraw wojennych. W Anglii prawie nie przebywał. Z kolei Jan bez Ziemi dopiero po przejęciu pełni władzy pokazał, co potrafi. To, że Robin doskonale posługiwał się łukiem, świadczyć musiało o jego niskim pochodzeniu. Ślub szlachcianki z człowiekiem z gminu był zaś w tamtych czasach zupełnie niemożliwy. Na dodatek filmów i seriali o Robin Hoodzie trochę już powstało - jak nakręcić coś oryginalnego? Jak nadać historii o banicie z Sherwood trochę świeżości? Na szczęście z pomocą przychodzi fantazja scenarzysty i wsparcie historyków. Dzięki temu można legendę opisać w sposób nieco bardziej wiarygodny, a na dodatek film wydaje się nowatorski. Podobnie uczynił Wolfgang Petersen kręcąc niesłusznie niedocenioną "Troję". I tak w 2010 roku powstał "Robin Hood", który ma mniej wspólnego z legendą, za to więcej - z historią.

Kręcąc Robin Hooda, Ridley Scott nieco zmienił czas akcji. Zwykle jest to mniej więcej rok 1194, gdy Ryszard Lwie Serce przybył do Anglii, by uspokoić nastroje i swojego brata. Tutaj mamy zaś rok 1199. Król Ryszard przebywa we Francji, gdzie dowodzi armią oblegającą zamek hrabiego Limousine. Wśród podkomendnych króla wyróżniają się trzy osoby: znakomity łucznik Robin Longstride oraz trójka piechurów: Mały John i Will zwany Szkarłatnym oraz Allan. Cała czwórka dokonuje cudów męstwa, jednak zostają surowo ukarani za kilka słów szczerości wypowiedzianych w obecności króla - na jego życzenie. Następnego dnia król został postrzelony przez kusznika z zamku. Robin i jego koledzy uwalniają się i postanawiają wrócić - stracili szacunek dla kraju i chęć walki. Po drodze spotykają resztki oddziału Anglików. Rycerze ci wieźli do kraju koronę, ale zostali napadnięci przez Francuzów. Ostatni z oddziału, sir Robert z Loxley, prosi Robina o przekazanie korony matce Ryszarda, a swojemu ojcu - miecza. Początkowo niechętny, Robin przysięga rycerzowi dostarczenie przesyłek.

Dla własnego bezpieczeństwa Robin i jego kompani wracają do kraju w przebraniach rycerzy. Po ceremonii przekazania korony jadą do Loxley, gdzie Robin poznaje wdowę po sir Robercie, Marion, która z trudem panuje nad upadającym majątkiem, gnębiona w dodatku przez pazernego proboszcza i miejscowego szeryfa. Niewidomy ojciec kobiety wpada na pomysł - Robin zostanie w Loxley jako sir Robin i wraz z przyjaciółmi pomogą w odbudowie świetności majątku. A czas ku temu jest najwyższy - przywódca zamachowców przedostaje się do Anglii. Udając wiernego poddanego, radzi świeżo koronowanemu królowi Janowi zaostrzenie polityki podatkowej. Budzi to zrozumiałą niechęć możnych, a w dodatku wielu z nich nie stać na zapłacenie nowych danin. Część ludzi się buntuje, kraj staje na  krawędzi wojny domowej. Wszystko to jest zgodne z planem króla Francji, który tylko czeka na okazję, by zaatakować Anglię. Jedynym który zaczyna domyślać się prawdy, jest właśnie Robin. Problem w tym, że nie może ujawnić tożsamości, gdyż za podszywanie się pod rycerza grozi kara śmierci.

"Robin Hood" nie jest tylko kolejną adaptacją znanej legendy, jest raczej wprowadzeniem do niej. Z filmu poznajemy przede wszystkim pochodzenie Robin Hooda - i wszystko jest w miarę wiarygodne historycznie. Poznajemy Robina jako łucznika, a więc człowieka z gminu - w tamtych czasach łuk był uważany za broń "niehonorową", gdyż nie walczyło się nim twarzą w twarz. Dowiadujemy się, jakim cudem stał się możliwy jego romans z lady Marion - kobietą z wyższych sfer. Słusznie zauważono w filmie, że podszywanie się pod rycerza groziło śmiercią, ale rzecz jest w miarę wiarygodnie załatwiona: a trzeba wiedzieć, że pod względem ogólnie rzecz ujmując obycia angielscy chłopi znacznie różnili się od polskich i prezentowali wyższy szeroko pojęty poziom. Robinowi stosunkowo łatwo byłoby wejść w rolę - zwłaszcza że na rycerstwo miał okazję się napatrzeć, a więc i poznać jego zwyczaje.

Właśnie "historyczność" jest najmocniejszą stroną tej wersji "Robin Hooda". Nie mam tu na myśli samych wydarzeń. Nie jestem z wykształcenia historykiem i nie mam na tyle dużej wiedzy, by ustalić z całą pewnością, czy faktycznie miała miejsce próba inwazji Francuzów na Wyspy Brytyjskie. Chociaż akurat mogę potwierdzić, że okoliczności śmierci Ryszarda Lwie Serce były takie, jak ukazano w filmie. Pewne rzeczy na pewno "nagięto" na potrzeby fabuły". Natomiast film jest bezcennym źródłem informacji o codziennym życiu mieszkańców XII-wiecznej Anglii. Spójrzmy chociażby na stroje - zarówno rycerstwa, jak i chłopów. Przypatrzmy się wyposażeniu domów, ulicom miast i wsi. Na uwagę zasługuje jeden fakt: czysto wówczas nie było, wiadomo, ale obalono mit o braku higieny mieszkańców średniowiecza. Otóż ówcześni ludzie nie bali się zabrudzić, zresztą błoto i brud były wszędzie, ale jednocześnie często się kąpali, chociaż nie tyle ze względów zdrowotnych, co estetycznych.

Bardzo dobrze oddano też kwestie społeczne. Wspomniałem już o pochodzeniu Robin Hooda - łuki były wówczas bronią biedoty, która zwykle nie nosiła mieczy, ale broń jakąś musieli mieć. Anglicy swoich chłopów uzbroili w długie łuki, które pozwalały razić rycerzy na odległość nawet do 150 m i nieraz decydowały o zwycięstwie w boju. Nie zmieniało to faktu, że łucznicy byli uważani za gorszy rodzaj wojska i ludzi - mimo że był z nich większy pożytek, niż z rycerstwa. I jak można zauważyć - nawet nie nosili mieczy. Ukazano też wyraźnie, że duchowieństwo było bardzo silnie podzielone - bogaci hierarchowie kościelni nie wahali się wykorzystywać zabobonnego lęku "prostaczków" i łupić ich ze wszystkiego, zaś pomniejsi duchowni żyli wśród ludzi i nierzadko wykonywali różne prace. Przypadkiem ukazano też znaczącą rolę duchowieństwa w rozwój kultury agrarnej - to właśnie mnisi i księża nauczyli się np. hodować pszczoły, a także nowoczesnych metod wysiewu, uprawy roli itp. Ukazano też pomijany zwykle, a dość niestety popularny aspekt średniowiecza w postaci band młodocianych wyrostków, którzy - pozbawieni domów i rodzin - musieli sami zdobywać pożywienie i ubranie, a zdobywali je najczęściej napadając na podróżnych i rabując wioski.

Bardzo mocną stroną filmu jest obsada aktorska. Russel Crowe po raz kolejny udowodnił, że jest absolutnie najlepszym aktorem wszech czasów, a przy okazji - że wręcz został stworzony do ról w filmach kostiumowych. Perfekcyjnie prezentował się w kapitańskim mundurze w "Panu i Władcy", a teraz równie świetnie wygląda i czuje się w kolczudze. W rolę lady Marion wcieliła się Cate Blanchett, której niepospolita uroda znakomicie pasuje do tej roli. Blanchett wygląda na kobietę silną duchem, a filmowa lady Marion musiała taka właśnie być: mieć poczucie własnej wartości i pozycji społecznej, a jednocześnie nie bać się wykonywać cięższych prac. Warto zauważyć, że nie ubiera się bogato - należy do sfery wyższej, ale nieco zubożałej. Świetnie wypadają też Kevin Durand jako Mały John, a także Mark Strong jako demoniczny niemalże Godfrey - doradca króla Jana na usługach Francuzów i główny antagonista w filmie. Świetnie też wypadł Oscar Isaac jako Jan bez Ziemi - nieczuła, chciwa, egoistyczna i cyniczna bestia w ludzkiej skórze.

Cudna w tym filmie jest charakteryzacja i sceneria - jak przystało na angielski film kostiumowy: nie ma cudownie znikających ran (chyba że ma to świadczyć o upływie czasu), ludzie po podróży są jak należy brudni, siadając do stołu są przynajmniej w pewnym stopniu oczyszczeni. Łucznicy używają strzał, a kusznicy - bełtów (dziwne, ale dawniej te "szczegół" był pomijany). Nie ma anachronizmów w stylu naczyń z innej epoki. Pięknie oddano też herby na chorągwiach i tarczach; widać, że ktoś zadał sobie trud konsultacji ze specjalistami od heraldyki, by uniknąć "wtopy" typu umieszczenia metalu na metalu w herbie (sami sprawdźcie sobie, co to znaczy, he, he). Ukazano też rzecz niebagatelną - żeglugę. Idealnie odzwierciedlono mianowicie kształt i ożaglowanie statków, a także warunki podróżowania w XII wieku. W tym fakt, że niekiedy nawet duże statki żaglowe wyposażone były dodatkowo w wiosła, by móc pływać po rzekach. Warto zwrócić uwagę na "furty" rozładunkowe na statkach przewożących konie - to nie wymysł; w tamtych czasach naprawdę istniały jednostki skonstruowane na kształt współczesnych promów i temu samemu służących! Niestety występowały pewne problemy ze szczelnością (również pokazane na filmie!), przez co takie "promy" często tonęły...

"Robin Hood" Ridleya Scotta jest moim zdaniem najlepszą z poznanych przeze mnie ekranizacji przygód banity z Sherwood - w każdym razie jeśli chodzi o filmy. Nie trzyma się kanonicznej wersji legendy, ale dodaje jej realizmu i po prawdzie dla mnie jest nawet bardziej fascynująca niż "oryginał". Trudno mi po prawdzie nawet namierzyć mi jakąś słabą stronę. Na upartego mogłoby nią być odejście od znanej wersji legendy - ale z mojego punktu widzenia to nawet zaleta. Polecam, nie tylko miłośnikom średniowiecza.

środa, 6 listopada 2013

Pan i Władca - morze, moje morze...

Master and Commander: The Far Side of the World

USA 2003
Scenariusz: Peter Weir, John Collee
Reżyseria: Perer Weir

Niektórych może zaskoczyć fakt, że moim ulubionym pisarzem nie jest Asimov, Clarke czy Harrison, lecz Patrick O'Brian. Autor ten stworzył cykl powieści dziejących się w okresie wojen napoleońskich, których głównymi bohaterami są Jack Aubrey – wspinający się coraz wyżej oficer Królewskiej Marynarki – oraz jego przyjaciel, lekarz i przyrodnik, a także czasami tajny agent Stephen Maturin.

Przygody kapitana Aubreya dzięki żywemu językowi, wartkiej fabule i zaskakującej wierności historycznej zyskały sobie rzeszę miłośników na całym świecie. Byłoby dziwne, gdyby na podstawie tych powieści nie powstał film – zwłaszcza, że sama ich forma aż się prosi o bycie podstawą do scenariusza filmowego. I tak w końcu na ekranach kin pojawił się film noszący ładnie brzmiący tytuł „Master and Commander”, a po polsku „Pan i Władca: na krańcu świata”.

Głównym wątkiem filmu jest pościg przez dwa oceany podjęty przez kapitana Aubreya dowodzącego fregatą HMS „Surprise” za okrętem francuskim. Francuzi są bowiem ogromnym zagrożeniem dla wielorybników angielskich (w tamtych czasach ładunek statku wielorybniczego był ogromnym majątkiem), dlatego Aubrey musi powstrzymać ich za wszelką cenę. Problem w tym, że okręt francuski jest większy i potężniejszy. Jednak Aubrey wierzy, że znajdzie sposób na pokonanie silniejszego wroga.

Film nie jest ekranizacją jednej powieści – zawiera wątki z kilku, a głównie z dwóch, które ukazały się w Polsce pod tytułami „Dowódca Sophie” oraz „Na krańcu świata”. Znamienne, że pierwsza z nich nosi w oryginale tytuł „Master and Commander”. Tajemnicze to określenie wbrew pozorom nie oznacza nieulękłego zdobywcy – w marynarce brytyjskiej tytuł ten przysługiwał dowódcy małego okrętu, który to dowódca jednak formalnie nie był kapitanem (Kubuś Puchatek powiedziałby, że kichnąłem w czasie, kiedy to pisałem). Szczęśliwie owa nazwa brzmi wielce dwuznacznie, co pozwala na zastosowanie jej jako chwytliwego tytułu filmu.

O'Brian pisząc swoje powieści, opierał się na listach, dziennikach pokładowych i pamiętnikach. W jego książkach opisane są prawdziwe wydarzenia i prawdziwe kampanie. Jednak jego dzieła to nie powieści wojenne, ale głównie obyczajowe. Autor opisał tamte czasy tak dokładnie i szczegółowo, że według historyków jego powieści dostarczają więcej szczegółów dotyczących moralności, obyczajów i warunków życia na początku XIX wieku niż powieści Jane Austen, która przecież żyła w tamtych czasach! Powieści O'Briana są doskonałym wręcz opisem warunków życia na morzu. Wartkiej akcji jest tam niewiele – życie na okręcie oznaczało 1 dzień walki na śmierć i życie i 99 dni przeznaczonych na szorowanie pokładu, ćwiczenia artylerzystów lub koncerty kapitana i lekarza pokładowego oraz ich kłótnie na temat wolności jednostki i zakresu potrzebnej władzy na lądzie i na wodzie. Faktycznie ani czytelnik, ani widz wcale nie nudzą się w czasie, kiedy na horyzoncie nie widać wroga i na bitwę morską nie ma co liczyć..

Wspaniały żaglowiec jest ponoć jedną z trzech najpiękniejszych rzeczy świata – marynarze mogli mieć na ten temat inne zdanie. Fregata HMS „Surprise”, którą dowodzi Aubrey (nawiasem mówiąc – okręt ten istniał naprawdę) miała jakieś 40 m długości i 10 szerokości. Na tej przestrzeni trzeba było upchnąć 128 osób, a także niezbędne wyposażenie, uzbrojenie, żywność – nawet na półroczny rejs! W takich warunkach ludzie musieli wytrzymać nawet całymi tygodniami bez zawijania do portów. Podczas flauty żaglowiec zamierał, podczas burzy pękające liny czy maszty stanowiły śmiertelne zagrożenie. W takich warunkach kapitan musiał dbać o żelazną dyscyplinę, był – jak mówi tytuł – panem i władcą, przysłowiowym „pierwszym po Bogu” - jednak ogromna władza to również ogromna odpowiedzialność – za siebie i za dziesiątki ludzi. Dlatego kapitan w razie potrzeby nie może się wahać i poświęcić jednostkę dla dobra całego okrętu.

Twórcy filmu zrobili wszystko, by oddać atmosferę powieści i jak najwierniej ukazać okręty żaglowe i ich załogi. Wielu widzom niewiarygodna może wydawać się obecność na pokładzie młodych chłopców, niemalże dzieci, jednak prawda jest taka, że już 12-latek mógł zacząć służbę na okręcie. Możemy poznać kilka marynarskich przesądów oraz ich siłę oddziaływania. Widzimy też, jak wyglądały dawne bitwy morskie, podczas których latające wszędzie odpryski drewna siały spustoszenie większe od kul (nie wierzcie "Pogromcom Mitów"!). Niewiarygodny może wydać się nabożny wręcz stosunek załogi do kapitana. Prawdą jest jednak, że dobry kapitan (a Aubrey jest nim z pewnością) był wtedy – w czasach bez nawigacji satelitarnej, bez radia, na okrętach budowanych czasem nawet bez planu, a jedynie metoda prób i błędów – na wagę złota. Dość powiedzieć, że w razie gdyby okręt tonął, to właśnie kapitana ratowano jako pierwszego – bardzo trudno bowiem było o doświadczonego dowódcę, a marynarzy, a tym bardziej kobiety i dzieci, łatwo było znaleźć. Nawiasem mówiąc muszę napisać, że Russel Crowe urodził się do roli Aubreya: pasuje do książkowego opisu (może jest tylko nieco chudszy), doskonale wygląda w mundurze, a nawet zachowuje się jak jego książkowy odpowiednik.

Muszę też zwrócić uwagę na postać Stephena Maturina. Postać ta została wprowadzona do serii powieści celowo: jako typowy i niereformowalny „szczur lądowy” Maturin miał pytać o rzeczy oczywiste dla marynarza, ale nieznane laikowi. Tym sposobem czytelnik poznawał tajniki wiedzy żeglarskiej na równi z doktorem – podobna rzecz ma miejsce w filmie. Miło, że tradycyjna rola Maturina nie została pominięta

„Pan i Władca” jest na swój sposób filmem prawie doskonałym. Prawie, bo ma jedną małą wadę – rozpoznawalną na szczęście jedynie dla specjalistów oraz miłośników prozy O'Briana. Otóż film padł ofiarą poprawności politycznej, która nie pozwalała na walkę okrętu angielskiego z amerykańskim – a taka walka miała miejsce w powieści „Na krańcu świata”, na której opiera się wątek pościgu. Potężna fregata zmienia więc banderę i staje się francuską. Tymczasem Amerykanie – faktycznie dysponujący wówczas najsilniejszymi i najbardziej nowatorskimi okrętami tej klasy na świecie – mieli ich zbyt mało, a poza tym stanowiły zbyt cenną i zbyt wielką siłę, by oddali chociaż jeden okręt Francuzom. Jednak to jedyny błąd, jakiego się dopatrzyłem.

„Pan i Władca: na krańcu świata” to film, do którego wracam regularnie. Lubię oglądać i sceny bitew morskich, i takie zwykłe, codzienne sceny z życia na pokładzie. Lubię przenieść się w czasy, kiedy umiejętność żeglowania wymagała ogromnych umiejętności, wiedzy i zręczności. Film dostaje u mnie pełne 10 gwiazdek.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Nędznicy - historia z muzyką w tle

Les Miserables - Nędznicy

Wielka Brytania 2012
scenariusz: William Nicholson
reżyseria: Tom Hooper



Długo zabierałem się za recenzję tego filmu. Raz, że "Nędznicy" to film trudny i stworzyć o nim recenzję, to jak napisać streszczenie "wiedźmina" na kartce formatu A5. Dwa, że blog miał być niby fantastyczny. Ale cóż, napisałem, że Dziobak lubi filmy różne, a do kina pójdzie na każde dzieło, które po prostu trzeba obejrzeć na dużym ekranie, by w pełni je docenić. Poza tym powiedzmy sobie szczerze: "fantastyczny" to także synonim "wspaniałego", a "Nędznicy" na pewno tacy są.

   Nie będę opisywał fabuły, bo o "Nędznikach" coś słyszał chyba każdy, poza tym - jak wspomniałem - to grzech pisać streszczenie arcydzieła. Ponadto, film nie jest (z konieczności) wierną ekranizacją dzieła Victora Hugo, a jedynie jego adaptacją na potrzeby musicalu/opery. Film należy tak właśnie traktować - jak próbę sfilmowania opery i to dla muzyki oraz zdjęć się go ogląda. A pod tym względem film raczej nie zawodzi. 

   Rozmach filmu i staranność wykonania zapowiadają już pierwsze obrazy. Film zaczyna się od - nie waham się przez użyciem tego słowa - monumentalnej sceny przeciągania statku do doku przez setki więźniów. Scenie tej - doskonale nakręconej - towarzyszy pieśń smutna, ale potężna i groźna, w mojej opinii najpiękniejsza w filmie. Scena ta wywiera ogromne wrażenie, ale czyni też rzecz niebezpieczną - rozpala nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej. W rzeczywistości w filmie zdarzały się potknięcia - ale o tym za chwilę. Najpierw skupmy się na tym, co dobre.

   Gdybym nie wiedział, że film został nakręcony przez Brytyjczyków, natychmiast bym się tego domyślił po staranności w odwzorowaniu strojów i scenerii. Moja skromna wiedza historyczna jest wystarczająca, by zachwycać się dokładnością w odwzorowaniu strojów żołnierzy. Wystarczy jeden rzut oka, by określić, do którego stanu należy pokazana na ekranie postać lub jaka jest jej majętność. Widać to doskonale choćby na przykładzie Jeana Valjeana, którego przemiana widoczna jest nie tylko po stanie stroju i jego czystości, ale też po twarzy, która nagle staje się bardziej zadbana, oraz po małżeństwie Thénardierów, przechodzących dokładnie odwrotną przemianę. Ubogie dzielnice miast dziewiętnastowiecznej Francji są brudne, sami ludzie sprawiają wrażenie sponiewieranych - i to nie tylko za sprawą znoszonych, dziurawych strojów, ale też niedomytych, zabiedzonych twarzy i zniszczonych ciężką pracą rąk. Rzadko niestety spotyka się w filmach realne oddanie warunków, w jakich żyli ludzie w dawnych czasach, ale mieszkańcom Wysp zwykle się to udaje - tak jest i tym razem.

   Jako że film jest w zasadzie kinową wersją opery, muszę też poświęcić parę słów muzyce. Tutaj bywa różnie. W zasadzie każda kwestia w filmie jest śpiewana, ale efekt jest różny. Nie będę obiektywny wobec Russela Crowe, który jest moim ulubionym aktorem, a który śpiewa moim zdaniem najlepiej ze wszystkich postaci w filmie. Doskonale sprawia się też Helena Bonham-Carter i Sasha Baron-Cohen (czyli małżeństwo Thenardierów). Tych troje może nie ma głosów doskonałych, niemniej mają i poczucie rytmu, i melodii, a tam, gdzie ich warunki głosowe nie pozwalały w pełni trzymać się linii melodycznej, zaczynają recytować i wychodzi to całkiem zgrabnie, prawie nie widać, że w danej chwili nie potrafili po prostu zaśpiewać. Przy okazji tworzy się efekt naturalnej wypowiedzi - brzmi ona nie tyle jak śpiewana, co mówiona (tyle że rytmicznie), co np. w karczmie brzmi lepiej, niż piękne, ale nienaturalne śpiewy. W innych przypadkach nie jest tak różowo - np. Hugh Jackman (Jean Valjean), którego grze niczego nie mogę zarzucić, wolałby jednak chyba mówić, niż śpiewać. Niemniej, wszystkie utwory są wykonywane na tyle dobrze, że osoba nieposiadająca słuchu muzycznego niczego nie zauważy, a posiadająca słuch, ale nie genialny - będzie zadowolona.

   Film ma niestety również słabe strony. Przede wszystkim jest bardzo nierówny. Pierwsza połowa filmu wypełniona jest utworami pięknymi, a przy tym łatwo zapadającymi w pamięć, oraz w miarę równomiernie rozwijającą się akcją. W drugiej połowie, podczas oczekiwania na wybuch rewolucji, film zaczyna wlec się niemiłosiernie, utwory stają się nie tylko nudne, ale też niezbyt chyba starannie opracowane. Na szczęście potem jest znów lepiej, a ostatecznie widz zapamiętuje nie nużący środek, ale wzruszające zakończenie. Druga rzecz, to jedno drobne niedopatrzenie, które jednak zauważy tylko marynista z zamiłowania: w pierwszych scenach widzimy potężne żaglowce, na kadłubach których namalowane są żółte pasy, tzw. "krata Nelsona". Jednak rzecz dzieje się we Francji, w 1815 roku, a wtedy takie malowanie stosowali tylko Anglicy. Inne kraje przejęły je później.

   Ostatecznie więc film pozostawia pozytywne wrażenie. Sfilmowanie opery czy musicalu zawsze niesie ryzyko, taka mieszanka może się nie spodobać. Tym razem jednak powstało może nie arcydzieło, ale co najmniej film bardzo dobry. Wizualnie jest doskonały, muzycznie - bardzo dobry. Zupełnie nieobiektywnie powiem, że jest to z pewnością najlepszy musical, jaki widziałem. Daję mu więc 9 punktów na 10 możliwych. Ten jeden punkt mniej za nużącą środkową część jednak muszę zabrać. Co nie zmienia faktu, że nie mogę się doczekać obejrzenia tego filmu po raz drugi.