Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Burton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Burton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

Duża ryba - życie jest baśnią

Big Fish

USA 2003
Scenariusz: John August
Reżyseria: Tim Burton
Na podstawie powieści Daniela Wallace'a "Big Fish"


Przed wieloma laty w małym miasteczku w stanie Alabama żyła stara, jednooka czarownica. Drugie oko chowała pod opaską, zaś ci, którzy odważyliby się spojrzeć w to oko, zobaczyliby chwilę swojej śmierci. Pewnego razu zjawił się u niej chłopiec zwący się Edward Bloom. Był wobec niej uprzejmy i nie przestraszył się, więc ona pozwoliła mu spojrzeć pod opaskę. Edward odszedł spokojny i szczęśliwy, bo wiedział już, jak i kiedy umrze, a teraz miał całe życie przed sobą. Zrozumiał też, że jest stworzony do wielkich rzeczy, a rodzinne miasteczko jest dla niego za małe. Czuł, że jest kimś - jak prawdziwa duża ryba, największa i najsprytniejsza ze wszystkich w stawie.

Taką wersję swojej młodości Edward opowiada każdemu, kto zechce go słuchać. A słuchać go lubi każdy - z wyjątkiem jego syna, Williama. Młody człowiek ma żal do ojca, że nigdy nie mówi on prawdy o sobie, lecz ciągle zmyśla. Pewnego dnia William dowiaduje się, że ojciec ma raka i niedługo umrze. William jedzie więc wraz z żoną do rodzinnego domu, gdzie próbuje w tych ostatnich chwilach znaleźć nić porozumienia z ojcem. Edward opowiada jemu i jego żonie historię swojego życia pełną niesamowitych przeżyć i baśniowych postaci, a William zaczyna rozumieć, że życie bez fantazji byłoby o wiele gorsze.

wtorek, 25 czerwca 2013

30 pytań o filmy

Dzisiaj będzie bez obrazków, bo byłoby ich za dużo. Otóż na pewnym blogu o nazwie "W świecie słów" znalazłem zabawę pt. "30 pytań o filmy". Spodobała mi się i postanowiłem sam w to zagrać. No to jedziemy:

1. Film, który lubisz najbardziej:

Ma być tylko jeden? Łatwiej by było polecieć po jednym z każdego gatunku, ale niech będzie, że "2001: Odyseja Kosmiczna" (1968) i "Miś" (1980) - na równi; nie jestem w stanie wybrać, który bardziej.

2. Film, który lubisz najmniej:

Też byłoby kilka takich... z tych, co sobie przypominam, to "Antychryst" (2009). W życiu nie widziałem głupszego i bardziej obleśnego filmu.

3. Film, który najbardziej cię zaskoczył:

"Memento" (2000). Spodziewałem się po prawdzie oryginalnego filmu, bo przecież brak pamięci krótkotrwałej to niezły temat na film, ale sposób realizacji i fabuła oczarowały mnie totalnie. Do tego świetna gra aktorów, montaż... w ogóle wszystko!

4. Film, który przypomina ci o domu:

Hmm... chyba "Kevin sam w domu" (1990) - z różnych powodów.

5. Film oparty na faktach, którego oglądanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność:

Chyba "Akcja pod Arsenałem" (1977), po prawdzie dlatego, że do tego filmu podchodzę bardzo emocjonalnie z powodu, że był to pierwszy w życiu film, jaki oglądałem w kolorowym telewizorze :)

6. Film, przy którym płaczesz:

"Odlot" (2009). Pierwsze kilka minut to chyba najpiękniejsza historia miłosna, jaką kiedykolwiek widziałem w kinie.

7. Film, przez który ciężko przebrnąć:

"Strażnicy" (2009). Film moim zdaniem absolutnie genialny, ale ciężki jak tona tych prostokątnych rzeczy do budowy i trudno mi go oglądać bez przerwy.

8. Mało znany film, który nie jest sławny, a powinien być:

"Wożonko" (2002). Film o grupie gdańskich dresiarzy, którzy postanawiają zarobić pieniądze na wakacje (no, przynajmniej na lato) porywając dla okupu dziecko z przedszkola dla snobów, ale przez pomyłkę porywają chłopca z domu dziecka, wchodząc w drogę płatnym mordercom, którzy szukają tego samego chłopca. Film nakręcony po amatorsku, świetnie ukazujący życie polskich blokowisk i mentalność młodzieży, ale jakoś nie odniósł sukcesu, krąży sobie jedynie gdzieś w sieci.

9. Film wielokrotnie przez ciebie oglądany:

"Gwiezdne Wojny" epizod 4. Chyba kilkadziesiąt razy, z czego cztery - w kinie :)

10. Pierwszy film obejrzany przez ciebie:

Ja nie pamiętam! Taki bardziej poważny to chyba "Doctor No" (1962)

11. Film, dzięki któremu zaraziłeś się kinem X:

"X" w moim wypadku może znaczyć SF. To będzie "Saturn 3" (1980) obejrzany, kiedy miałem raptem 6 lat, a rodzice akurat byli czymś zajęci i nie zauważyli, że siedzę przez telewizorem do 22.00!

12. Film, który tak wycieńczył Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jego oglądanie:

"Życie jest piękne" (1997). Jeden z najpiękniejszych filmów, jakie widziałem, który zawsze przerywam w tych samych miejscach: kiedy żona głównego bohatera decyduje się na dobrowolne wysłanie do obozu koncentracyjnego oraz kiedy bohater wraz z synem włamują się do rozgłośni, żeby dać znać żonie (i matce), że nadal żyją.

13. Najukochańszy film z dzieciństwa:

"Willow" (1988). Moje pierwsze zetknięcie z kinem fantasy. Fabuła wzorowana na tradycyjnej, o dziecku, które może zmienić świat, ale wzbogacona o rasę, do której należy tytułowy bohater. Film cudowny, momentami śmieszny, a od strony technicznej... cóż, dzisiaj trąci myszką, ale w tamtych czasach był szczytem osiągnięć technicznych.

14. Film, która powinien być obowiązkowo puszczany w szkołach:

"Trainspotting" (1996). Żaden inny film tak dobrze nie ukazuje problemu narkotyków. Owszem, są filmy nawet lepsze filmy o tej tematyce, jak znakomite "Requiem dla snu", ale "Trainspotting" to klasa sama w sobie ze względu na genialne kreacje aktorskie, teksty, a także na ukazanie pewnej ważnej rzeczy: że branie narkotyków daje, przynajmniej chwilowo, dużo frajdy. Tylko że kiedy haj się skończy, robi się syf, kiła i mogiła. Innymi słowy - są i blaski, i cienie nałogu. Wybór należy do widza.

15. Ulubiony film traktujący o obcych kulturach:

"Dystrykt 9" (2009): opowieść o umierających obcych ze statku kosmicznego, którzy znaleźli ratunek na Ziemi. Ratunek? Akurat... genialna alegoria stosunków społecznych w każdym społeczeństwie, w którym istnieją mniejszości, które nie mogą lub nie chcą się adoptować.

16. Ulubiona ekranizacja:

"Pan i władca - na krańcu świata" (2003). Po prawdzie, to ekranizacja aż dwóch książek "Dowódca <Sophie>" oraz "Na krańcu świata" - traktujących o przygodach kapitana Jacka Aubreya z Royal Navy. Film, który niezwykle drobiazgowo ukazuje życie na żaglowcach epoki wojen napoleońskich. Przy okazji - powieści Patricka O'Briana zostały uznane za ukazujące realia epoki lepiej, niż powieści Jane Austen - chociaż powstały ponad 100 lat później!

17. Najgorsza ekranizacja:

"Stara Baśń" (2003). Film nakręcony na bazie, powiedzmy sobie szczerze, raczej przeciętnej powieści, ale miał ogromny potencjał - niestety, zmarnowany. W dodatku są znaczne różnice z powieścią - na niekorzyść.

18. Twój ukochany film, którego już nie można obejrzeć (którego trzeba mocno szukać):

"Miłość, szmaragd i krokodyl" (1984). Wieki trwało, zanim udało mi się znaleźć w miarę dobrej jakości nagranie. A w TV i innych mediach wyparły go niestety produkcje nowsze, za to rzadko lepsze.

19. Film, dzięki któremu zmieniłeś zdanie na jakiś temat:

"Tajemnica Brokebank Mountain" (2005). Wcześniej byłem może nie wojującym, ale homofobem - może ze względu na to, że w mediach króluje stereotyp homoseksualisty jako dziwaka, który nosi różowe stringi na paradach równości? Ten film w jakiś sposób udowodnił mi, że homoseksualiści to zupełnie zwyczajni ludzie, którzy tak samo jak wszyscy chcą normalnego życia z osoba, którą darzą uczuciem.

20. Film, który poleciłbyś osobie o wąskich horyzontach myślowych:

"Straszny film" (2000). Nie mam pojęcia, jak ten film może się podobać.

21. Film, która przyniósł Ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że go oglądałeś:

No cóż... "Zmierzch" (2008). Możecie się już śmiać. Ale nie będę ukrywał, że mimo iż obejrzałem go niejako z obowiązku, to przypadł mi do gustu do tego stopnia, że nawet książkę przeczytałem. Uff, wyrzuciłem to z siebie.

22. Ulubiony serial:

"Stargate: Atlantis" (2004-2009). W tym serialu podoba mi się wszystko - od bohaterów po sprawy techniczne. Ale najlepsze są postacie Widm - głównych antagonistów; złowrogiej rasy niemal nieśmiertelnych istot, które żywią się ludźmi wysysając z nich siłę życiową. Wyglądają bardzo dostojnie i gotycko. Do tego świetne teksty jednego z Widm: "Proszę, poczęstujcie się owocami. Mam nadzieję, że są równie smaczne, jak farmerzy, którzy je wyhodowali". I jak nie kochać tego faceta?

23. Ulubiony romans:

"Amelia" (2001). Ogólnie nie lubię romansów, ale ten przypadł mi do serca, ponieważ ma niebanalną fabułę, niebanalnych bohaterów, a poza tym kocham Audrey Tautou.

24. Film, który okazał się jednym wielkim oszustwem:

"Czwarty stopień" (2009). Kurczę, taki potencjał! I wszystko spartaczone przez to, że twórcy nie mogli się zdecydować, czy ma być paradokument, czy "rekonstrukcja", a do tego wątek rodem z Danikena.

25. Ulubiona biografia filmowa:

"Spacer po linie" (2005). Biografia Johnny'ego Casha, jednego z najwybitniejszych muzyków amerykańskich, który przy okazji jest dowodem na to, że artysta ma wiele okazji do stoczenia się, ale jeśli chce, to potrafi się z tego wydostać. Do tego doskonałe kreacje aktorskie (wybrane przez samego Casha!), rewelacyjna muzyka i - jakoś tak od niechcenia - pozytywne przesłanie.

26. Film, który chciałbyś obejrzeć, a nie jest nakręcony:

"Dworzec Perdido". Chyba najlepsza książka, jaką czytałem w ciągu ostatnich 10 lat. Obecnie technika pozwoliłaby na wierne odtworzenie Nowego Crobuzon i wszystkich zamieszkujących je stworów. Oby ktoś się zdecydował... i oby nie zawiódł.

27. Historia filmowa, która mogłaby wydarzyć się naprawdę:

Jak to rozumieć? Jeśli w sensie: "może gdzieś kiedyś się wydarzyła", to "Forrest Gump" (1994). A jeśli w sensie "chciałbym, żeby się wydarzyła", to chyba "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" (1977).

28. Film, którego obejrzenia żałujesz:

"Hellraiser" (1997). Tyle w temacie.

29. Reżyser, którego unikasz:

Lars von Trier. Moim zdaniem nie powinien zbliżać się do kamery.

30. Reżyser, którego wszystkie filmy oglądasz:

Tim Burton. Dla mnie jest geniuszem we wszystkim, czego się dotknie.

środa, 12 czerwca 2013

Mroczne Cienie - komedia grozy

Dark Shadows

USA 2012
scenariusz: Seth Grahame-Smith
reżyseria: Tim Burton


Jako że niedawno mój ulubiony aktor obchodził 50. urodziny, postanowiłem napisać coś o jakimś jego filmie. Tylko którym? I nagle przypomniała mi się pewna "recenzja" filmu "Mroczne Cienie", której autor (litościwie nie podam ani jego nazwiska, ani pisma, dla którego pisał) stwierdził, że film jest "krokiem wstecz", cokolwiek miałoby to znaczyć. Autor ów dal też upust swojej niechęci graniczącej z nienawiścią do kina spod szyldu SF i horroru pisząc, że w ogóle całe to bajdurzenie (słowo daję, takich słów użył!) to filmy dla dzieci bądź ludzi niedojrzałych, a szczególnie w tej zza oceanu nie ma zupełnie nic ciekawego. Mając w pamięci fakt, że opluwanie filmów z racji gatunku i pochodzenia jest w tym kraju od kilku lat "trendy", postanowiłem również zająć się "Mrocznymi Cieniami". Obejrzałem je w kinie, teraz po miesiącach, chciałem sprawdzić, na ile byłem obiektywny w pierwszych ocenach. W najmniejszym stopniu nie żałuję powtórki.

Teraz, kiedy jestem świeżo po obejrzeniu tego filmu, mogę stwierdzić, że film jest istotnie swego rodzaju "krokiem wstecz". Konkretnie - Tim Burton postanowił nawiązać, na ile to możliwe, do starych filmów grozy z Belą Lugosi i Borisem Karloffem. A także - co naturalne - do serialu pod tym samym tytułem z przełomu lat 60. i 70. Stąd "Mroczne Cienie" są filmem dziejącym się niemal współcześnie (chociaż wiem, że epoka hippisów dla niektórych to prehistoria), niemniej film w wielu aspektach nawiązuje do dawnych dzieł - począwszy od fabuły, poprzez sylwetki bohaterów, a skończywszy na elementach takich, jak samotny (i wielki) dom w głębi lasu, skarpa z obowiązkowym pojedynczym drzewem na samym jej krańcu i pojawienie się Wściekłego Tłumu (pisanego przeze mnie z wielkich liter celowo – chodzi tu o nieodłączny element wielu dawnych filmów grozy: wieśniaków chcących zabić bestię, uzbrojonych w pochodnie i widły).

Film w moich oczach jest bardzo ciekawym i pomysłowym połączeniem filmu grozy, dramatu i czarnej komedii. "Jak zwykle", ktoś mógłby wtrącić, "przecież Burton ciągle kręci coś takiego. Owszem, ale "Mroczne Cienie" są inne. Mniej jest w tej produkcji komedii, a więcej dramatu. Mniej śmiechu, a więcej melancholii. Jest to również w większym stopniu film grozy. Oczywiście, Burton wcześniej kręcił filmy z tej kategorii, ale była to groza rodem z Halloween: raczej groteskowa niż straszna i raczej bawiąca niż przerażająca. Tutaj jest inaczej: sama postać głównego bohatera jest na swój sposób niepokojąca i nieco groźna. Wnętrza posiadłości Collinsów są zimne, przygnębiające i ponure - chyba nie chciałbym tam nocować… Siłą tego filmu jest głównie nastrój, choć muszę zaznaczyć – wyczuwalny jednak głównie dla miłośników powieści typu Brama Stokera lub Mary Shelley. Oczywiście, jeśli nie dadzą się zwieść współczesnej otoczce.



Podobnie, w stylu starych filmów ukazani są bohaterowie. Główny bohater, zmieniony w wampira Barnabas, jest z jednej strony postacią budzącą sympatię. Wyraża się w staromodny, dworny sposób i sprawia wrażenie rasowego gentlemana z dawnych lat. Z drugiej strony, niejeden jego uczynek świadczy o tym, że jednocześnie jest bestią; potworem zdolnym do najgorszych czynów. Jest gotów zrobić wszystko dla tych, których kocha, nawet zabijać w ich obronie. Jednak nie waha się mordować niewinnych, przypadkowo napotkanych ludzi. Trochę jak Dracula bądź potwór dra Frankensteina. Zanim ktoś powie, że przesadziłem z Draculą, niech przypomni sobie pierwsze spotkanie Jonathana Harkera z wampirzycami w zamku potwornego hrabiego i rozmowy właściciela zamku z nimi - on, podobnie jak Barnabas, jest postacią tragiczną, przypadkiem zamienioną w wampira: przeklętym przez Boga, ale w głębi duszy istotą nadal zdolną do miłości. Z kolei wiedźma Angelique nie jest standardową antagonistką. Owszem, zsyła na ludzi zło, ale z drugiej strony, czy nie zasługuje na litość osoba, która nigdy nie miała nikogo, a jedyny człowiek, którego kocha, wykorzystuje ją, po czym przestaje zauważać? W tym filmie jest zaskakująco dużo, jak na Burtona, okazji do płaczu. Każdy z bohaterów jest na swój sposób ofiarą nieszczęścia sprzed lat i każdy na swój sposób straszliwie cierpi. Pozwolę sobie zdradzić, że nie ma też typowego happy endu.

"Mroczne cienie" momentami są jednak również komedią. Jako że reżyserem jest Burton, po części czarną. Główną tego przyczyną jest nieszczęsny Barnabas, który musi nauczyć się żyć w XX wieku. Nie wie, co to samochody, dziwi się, że 18-tki mogą jeszcze nie mieć dzieci, a jedynymi, którzy nie patrzą na niego dziwnie, są hippisi - dla nich pewnie jest tylko narkotyczną wizją lub kolejną ofiarą nałogu. Za to wydaje się mieć zrozumienie dla rocka (tutaj zwracam uwagę na drobny, ale zabawny epizod z Alice Cooperem, który gra siebie samego). Drobny, acz ciekawy epizod z Heleną Bonham-Carter. No i oczywiście jest nieodłączny Wściekły Tłum w wydaniu XX-wiecznym, którego pojawienie się za każdym razem wywołuje uśmiech na twarzy. Widły i pochodnie w XX w? A czemu nie?
Na koniec zostawiłem sobie aktorów i sprawy techniczne. Cieszy mnie, że Johnny Depp nie został na zawsze Jackiem Sparrowem i potrafi zagrać inaczej, zachowując przy tym pewne charakterystyczne tiki i sposób mówienia. Rola w tym filmie jest dla mnie żywym dowodem, że nie dał sobie "przyprawić gęby" i potrafi zagrać nie tylko w komedii, ale i w filmie poważniejszym. Michelle Pfeiffer olśniewa jak zwykle - wierzyć się nie chce, że mogłaby być moją matką... Innym aktorom też niczego złego zarzucić nie mogę. Co do scenerii, to silnie związana jest rozwojem akcji. Kiedy ukazane jest miasteczko (typowa amerykańska, mała mieścina) film jest raczej śmieszny, a gdy akcja przenosi się do posiadłości, robi się smutno, ponuro, a momentami groźnie. Pod względem wizualnym film jest moim zdaniem perfekcyjny i znakomicie nawiązuje do serialu, na bazie którego powstał: strojom nie można zarzucić nic - ani tym dawnym, ani nowszym. Szczególnie pragnę tutaj zwrócić uwagę na wystrój i umeblowanie posiadłości Collinsów. Podobnie muzyka - pomijając niektóre melodie w tle, wszelkie utwory pochodzą z okresu, w którym toczy się akcja filmu - z "Night in White Satin" Moody Blues na czele, która to piosenka rozbrzmiewa w pierwszych minutach filmu i idealnie oddaje jego klimat.

Film dostaje u mnie ocenę 8/10. Więcej mu nie dam, bo wybitnym dziełem jednak nie jest. Niemniej, zarzucić mu niczego też nie mogę. od strony technicznej jest perfekcyjny, ponadto potrafi nieźle grać na emocjach. Uprzedzam jednak, że nie jest to "typowy" Burton i jeśli komuś nie podobają się ekranizacje powieści gotyckich bądź ich nie zna, to "Mroczne Cienie" też go nie zachwycą. Po prostu nie zrozumie wielu scen bądź nie zrobią na nim wrażenia.

PS. Ciekaw jestem, czy szefowie McDonald’s mocno się wściekli w trakcie seansu. 

środa, 15 maja 2013

Frankenweenie - "Smętarz dla zwierzaków" według Burtona


 Frankenweenie

USA 2012
scenariusz: John August
reżyseria: Tim Burton


"Frankenweenie" jest już dostępny na DVD. To miła wiadomość, jako że jest to chyba najlepszy film, jaki miałem okazję w zeszłym roku oglądać. Tak sobie myślę, że Tim Burton miał niesamowitą szansę - jako twórca znany i ceniony mógł wrócić do samych początków i zrealizować je tak, jak może już wcześniej zamierzał. Konkretnie - nakręcił pełnometrażową wersję jednego ze swoich pierwszych dzieł - pochodzącego z 1984 roku 27-minutowego, czarno-białego filmu "Frankenweenie" o chłopcu, który reanimuje swojego psa. Mam nadzieję, że na płycie znajdzie się parę ciekawostek dotyczących realizacji filmu oraz że znajdzie się dowód na to, że poniższe moje słowa odpowiadają rzeczywistości. 
Tak dostaliśmy opowieść o miłości chłopca imieniem Victor do jego psa. Zwierzak jest nieodłącznym towarzyszem chłopca, aż wreszcie staje się tragedia, zawiniona po części przez rodziców, a po części przez przywiązanie pieska i jego chęć zabawy – zwierzak wpada pod samochód. Następnie zostaje pochowany na cmentarzu dla zwierząt. Victor, początkowo załamany, ożywia się podczas eksperymentu na lekcji fizyki, gdzie nauczyciel prezentuje wpływ prądu elektrycznego na organizm (w razie czego wyjaśniam: jeśli przez mięśnie niedawno zmarłego zwierzęcia puścimy prąd, to wykonają one skurcz). Postanawia więc znaleźć sposób, by ożywić zmarłego pieska. Oczywiście udaje mu się to, jednak o jego sukcesie dowiadują się jego koledzy marzący o sławie i mają zamiar go naśladować. Tak w skrócie wygląda fabuła. Niby "wszystko już było", ale...

Tim Burton bardzo umiejętnie zbiera elementy innych dzieł i ubiera we własną, charakterystyczną otoczkę. "Mroczne Cienie" sugerowały fascynację Burtona dawnymi filmami i literaturą grozy. "Frankenweenie" w pełni to zamiłowanie potwierdza. film jest niczym innym, jak uwspółcześnioną wersją historii dra Frankensteina połączonej z wątkami "Smętarza dla zwierzaków" S. Kinga. Do tego mamy wiele odniesień do kultury popularnej. W jednej ze scen na cmentarzu widzimy zasypywany nagrobek z wizerunkiem charakterystycznego kotka z serii zabawek „Hello Kitty” i napisem „Goodbye Kitty”. Bezimienna koleżanka Victora wygląda jak wcielenie Lenory (makabrycznej i nie całkiem żywej bohaterki komiksu Romana Dirge). Potwory w filmie wyraźnie nawiązują do "Monster movies" z lat 50. oraz Godzilli. Nauczyciel fizyki to wcielenie Vincenta Price. Obowiązkowym elementem dawnych filmów grozy musiały być błyskawice, organowa muzyka i Wściekły Tłum (spontanicznie powstała gromada ludzi pałających żądzą pokonania głównego bohatera, wyposażonych w pochodnie i różne ostre narzędzia, które z jakiegoś powodu zawsze mają przy sobie), we "Frankenweenie" oczywiście tutaj się pojawiają. 

Postaci głównego bohatera warto przyjrzeć się bliżej: jest on bowiem obrazem samego Burtona z lat młodzieńczych. Fascynuje się techniką, filmami grozy, a w pierwszych scenach oglądamy film nakręcony przez Victora - oczywiście z użyciem kukiełek i metodą poklatkową. Z racji swoich zainteresowań stoi na uboczu, jest nie tyle nierozumiany przez rówieśników, co po prostu nie potrzebuje ich towarzystwa. Wyjątek czyni dla siostrzenicy sąsiada - w nim z kolei podkochuje się wspomniana bezimienna koleżanka, która żyje w swoim świecie oderwanym od rzeczywistości i zdaje się przypominać, że Victor jest tak naprawdę zupełnie normalny - ma tylko rozwiniętą wyobraźnię.
 
Nie mogę pominąć technicznej strony dzieła. Burton zrobił wszystko, by jego dzieło sprawiało wrażenie dawnego filmu grozy, który przeleżał kilkadziesiąt lat w pudle – widać to choćby po ruchach niektórych postaci, które momentami wydają się niezbyt płynne, oraz po tym, że na ekranie widzimy czasami paski, jakie często widzimy oglądając film pochodzący ze starej, uszkodzonej taśmy filmowej – oba zabiegi są jednak celowe. Warto zwrócić uwagę, że jest to pierwsza animacja Burtona, w której odwzorowywał on wyłącznie świat rzeczywisty, a konkretnie – świat jego dzieciństwa, Ameryki lat siedemdziesiątych. Wynik jest doskonały. Domy, ich umeblowanie, ozdoby na ścianach, poruszające się po ulicach samochody - wszystko wygląda jak żywcem przeniesione z epoki, kiedy cały świat wiwatował na cześć Amerykanów lądujących na Księżycu.

"Frankenweenie" niesie w sobie - jak wszystkie filmy Burtona - pewną lekcję moralną. W przeciwieństwie do dra Frankensteina nie chce on bowiem stworzyć człowieka, nie bawi się w Stwórcę – on po prostu chce przywrócić do życia czworonożnego przyjaciela i nie widzi w tym nic złego. Inni ludzie przeciwnie – albo boją się jego dzieła, albo nieudolnie naśladują. Tymczasem tylko on jeden posiada dar – nie tylko dąży do osiągnięcia celu, ale zdaje sobie również sprawę z następstw swoich działań. Można powiedzieć, że Victor ukazuje widzom, jak powinien postępować człowiek, któremu naprawdę na czymś zależy i że dążenie do celu „po trupach” nigdy nie przynosi nic dobrego. O zaletach tego filmu i ukrytych znaczeniach mógłbym napisać cały referat. Czy jednak „Frankenweenie” pozbawiony jest wad? Cóż, niestety nie. Moim zdaniem twórcy niedostatecznie rozwinęli rolę siostrzenicy burmistrza - początkowo wydaje się, że będzie jedną z kluczowych postaci, tymczasem jest tylko dodatkiem. Dziwiło mnie, że koledzy Victora powtarzają jego eksperyment niemal bez przygotować, chociaż on potrzebował paru dni na obliczenia. Nie uważam natomiast za wadę końcówki - słyszałem głosy, że jest zbyt patetyczna. A ja na to pytam - co się dzieje z ludźmi w tym kraju, że tak im przeszkadza dobre zakończenie?

Wady filmu są jednak drobne i nie zmieniają faktu, że "Frankenweenie" to bardzo starannie zrealizowany i wzruszający momentami film. Oczywiście dla ludzi, którzy znają twórczość Tima Burtona i umieją wynajdywać różne smaczki i nawiązania do znanych dzieł kinematografii. Dlatego moja ocena to 9/10, przy czym od razu piszę, że jest ona skrajnie nieobiektywna. Ale ostatecznie czegoś takiego, jak obiektywna ocena nie ma, więc czym się martwię?