1. "1941", scenariusz: Bob Gale i Robert Zemeckis, reżyseria: Steven Spielberg.
Komedia Spielberga, niesłusznie moim zdaniem niedoceniana. Film "oberwał" podwójnie: w Ameryce ludzie dochodzili do siebie po Wojnie Wietnamskiej i nie potrzebowali filmu, który by ich ośmieszał. W Europie nie spotkał się ze zrozumieniem - co mnie nie dziwi, bo trzeba być nieźle zorientowanym i wiedzieć, jakie były skutki izolacjonizmu Ameryki w okresie międzywojennym. Japończycy mogli się wkurzyć, że przedstawiono ich jako prymitywnych głupków. Ale mnie film się podobał, bo w historii USA trochę się orientuję, poza tym gra tam paru aktorów, których lubię: Treat Williams jako amerykański żołnierz - ultrapatriota oraz Christopher Lee w roli niemieckiego oficera. Wypadł świetnie, chociaż pojawił się tylko na chwilę.
2. "Obcy - ósmy pasażer Nostromo" ("Alien"), scenariusz: Dan O'Bannon, Ronald Shusset, reżyseria: Ridley Scott.
Film - legenda. Uważam go za jeden z najlepszych filmów, jakie oglądałem. Chyba pierwszy, w którym ludzie osadzeni w przyszłości i podróżujący statkiem kosmicznym byli no... ludzcy: nie zachowywali się jak automaty, klęli, narzekali, popełniali błędy... Do tego ta atmosfera i ujęcia! Sceny przeszukiwania wraku statku, "wyklucie się" Obcego z ciała astronauty, cień Obcego majaczący się za jednym z bohaterów przeszukujących maszynownię... te momenty robią na mnie wrażenie do dzisiaj. No i sama postać potwora z kosmosu - majstersztyk. Jeśli uznać go za horror, to jest jednym z najlepszych mi znanych, jeśli nie "naj".

Film o człowieku, który przypadkiem został uznany za Mesjasza, jest z kolei jedną z najlepszych znanych mi komedii i moją ulubioną produkcją spod znaku Monty Pythona. Jeden z tych ciekawych filmów, kiedy podczas każdego niemal oglądania odkrywam jakiś nowy podtekst czy aluzję. Jeden z filmów, które - moim zdaniem - powinien obejrzeć każdy, chociażby po to, żeby wiedzieć, kiedy przekracza się cienką granicę między wiarą a fanatyzmem.

Ten film sam z siebie nie jest dla mnie dziełem, które oglądałbym namiętnie raz po raz, ale na pewno jest wzorem, jak można stworzyć film korzystając z niewielkiego tylko budżetu i banalnego, powiedzmy sobie szczerze, scenariusza, jeśli umie się budować atmosferę za pomocą gry aktorów, odpowiednich ujęć i muzyki. Przypuszczam, że jego twórcy nigdy nie spodziewali się sukcesu na skalę światową - a już na pewno nie tego, że film uznany zostanie za "kultowy". Całkowicie zasłużenie moim zdaniem. Wielu próbowało kręcić podobne filmy, ale rzadko z pozytywnym rezultatem.
5. "Czas Apokalipsy" ("Apocalypse Now"), scenariusz: Francis Ford Coppola, Michael Herr, John Milius, reżyseria: Francis Ford Coppola.
Kolejna legenda. Na mnie osobiście, przyznam się ze wstydem, film nie zrobił - jako całość - aż tak wielkiego wrażenia. Ale pojedyncze sceny - jak najbardziej. Przede wszystkim - nie, nie ze względu na Marlona Brando. Największe wrażenie zrobiła na mnie postać ppłk. Kilgore'a. Ten człowiek wydaje się być kompletnie nierzeczywisty. Żyje w swoim świecie, co więcej, pojęcie "architekt własnego losu" wydaje się do niego pasować idealnie: pamiętacie scenę, kiedy dookoła latają kule, a on się nawet nie schyla? No właśnie - wie, że to nie jest pora na niego. Taki typ idzie przez życie uważając, że przypadkowe nieszczęścia to coś, co zdarza się innym. I jeszcze mała ciekawostka, ważna dla mnie ze względu na dawną fascynację zespołem The Doors: F.F. Coppola za wszelką cenę chciał, by film stał się hołdem dla Jima Morrisona. Początkowo miała znaleźć się w nim scena uczenia tubylców przez płk. Kurzta piosenki "Light My Fire" jako miejscowego hymnu - ostatecznie jednak wycięto ją jako nierealną. Ostatecznie została tylko piosenka "The End" na początku i na końcu filmu - idealnie zresztą pasująca do jego treści i wymowy.
PS. Nie mogę powstrzymać się od dodania, że w 1979 rozpoczęła się produkcja "Imperium Kontratakuje" - mojego najulubieńszego filmu z lat młodzieńczych, a i dzisiaj zajmującego miejsce na najwyższej półce :)