
owie odkrywali skamieliny dinozaurów ogromnych ponad ludzkie wyobrażenie, znajdowano "brakujące" ogniwa - również związane z ewolucją człowieka. Zaczęto też zdawać sobie sprawę z rzeczywistego ogromu wszechświata. A na dodatek w 1947 roku pilot nazwiskiem Kenneth Arnold zauważył dziwne pojazdy, które nazwał "latającymi spodkami". W atmosferze powszechnego niepokoju wiara w istnienie obcych cywilizacji szybko się rozpowszechniała, ale jednocześnie mało kto wierzył w pokojowe zamiary kosmitów.
Niektóre osoby zdawały sobie z tego wszystkiego sprawę. Zwłaszcza za oceanem znaleźli się ludzie, którzy wiedzieli, że po wygranej wojnie (a jednocześnie w opozycji do zagrożenia ze strony ZSRR) ludzie są wpatrzeni w zwycięskie mocarstwa. Potęga USA jaśniała, jak nigdy i należało zrobić coś, żeby wiarę w tę potęgę zachować i rozwijać.
Na szczęście dla milionów ludzi, na świecie znalazły się aktorzy, scenarzyści i reżyserowie, o talencie często odwrotnie proporcjonalnym do ambicji, którzy chcieli ludziom zaserwować odtrutkę na wszystkie niepokoje. Chcieli tworzyć filmy, które w jakiś sposób ucieleśniałyby lęki, a jednocześnie ukazywały je jako coś niewątpliwie groźnego, ale możliwego do pokonania, jeśli tylko ludzie zewrą szeregi przeciwko wspólnemu wrogowi. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tamtych czasach fantastyka naukowa była uważana za tandetną rozrywkę dla mało wymagających, co sprawiało, że przez długie lata twórcy ci nie mogli znaleźć pieniędzy wystarczających do sprawnej realizacji swoich zamysłów. Tym sposobem Amerykę - a później cały świat - zalały filmy o niesamowicie niskim budżecie (niektóre filmy kosztowały mniej niż trzy samochody niższej klasy, a trzeba pamiętać, że w Stanach były one znacznie tańsze, niż gdzie indziej), fabule prostej jak technika zaludniania, prostych efektach wizualnych i z aktorami o co najwyżej przeciętnych umiejętnościach.


Filmy o obcych to nieco inna bajka. Te filmy są odzwierciedleniem lęku przed wojną i tym, co może ze sobą przynieść. Dowodem tego są produkcje takie jak "Wojna Światów", "The Blob" czy "Sklepik z horrorami". W filmach tych mamy do czynienia albo z jawnym najazdem obcych, albo też z ich oddziaływaniem na pojedyncze rzeczy lub osoby. W tym wypadku schemat jest nieco podobny do poprzedniego, z tym, że często ma miejsce charakterystyczny element: przeciwko obcej istocie zostaje użyta ziemska broń, która okazuje się nieskuteczna, za to wróg zostaje pokonany najczęściej za sprawą zaradności jednej lub kilku osób, które wpadają na przełomowy pomysł. O co tu chodzi? To proste: walka zbrojna jest ukazana jako coś zbędnego i niebezpiecznego dla nas samych (nieprzypadkowo w "Wojnie światów" użycie bomby atomowej nie przynosi efektu). Znacznie lepiej jest postawić na rozsądne działanie i umiejętnie wykorzystaną pomysłowość.
Filmy te, chociaż ogląda się je głównie podczas pokazów typu "Najgorsze filmy świata", wbrew pozorom wcale nie były więc i nie są bezwartościową rozrywką. Dawniej ludzie śmiali się z tych filmów, jak my dzisiaj – a jednak chodzili do kin. Kochali te nędzne niedoróbki, bo dzięki nim odrywali się na chwilę od rzeczywistości, której symbolem stała się bomba atomowa i samolot B-52. Kochali je, bo dostawali zakamuflowane zapewnienie, że ludzkość, mimo wszystkich swoich wad, chciwości i agresji, da sobie jednak radę. Dzisiaj natomiast filmy te są bezcennym źródłem informacji o lękach i problemach społecznych, z jakimi świat musiał sobie poradzić w tamtych czasach.
Na twórców filmów SF z lat 50. należy patrzeć z szacunkiem z jeszcze jednego ważnego powodu. Wszyscy znamy takie nazwiska jak F.F. Coppola, J. Cameron czy M. Scorsese. A ile osób wie, że każdy z nich pracował dla Rogera Cormana – jednego z największych producentów kina klasy "B"? To właśnie od niego znani dziś mistrzowie uczyli się, jak nakręcić możliwie efektowną scenę po najniższych możliwych kosztach, jak za kilkanaście tys. dolarów stworzyć film, który mógłby kosztować wiele razy więcej, jak najskuteczniej obudzić u widza lęk, wesołość, zachwyt czy obrzydzenie. Weźmy sobie taką choćby scenę z filmu "Terminator", bynajmniej nie zaliczanego do klasy "B". Dzięki swoim wczesnym doświadczeniom Cameronowi, gdy skończyły mu się fundusze i nie mógł wynająć hali fabrycznej, udało się nakręcić scenę zgniatania śmiercionośnej maszyny w prasie hydraulicznej za pomocą robota wyklepanego z folii aluminiowej i dwóch kawałków styropianu.