czwartek, 29 sierpnia 2013

Egzorcyzmy Emily Rose - horror na podstawie dramatu

The Exorcism of Emily Rose

USA 2005
Scenariusz: Paul Harris Boardman, Scott Derrickson
Reżyseria: Scott Derrickson

W 1978 roku głośnym echem odbił się proces dwóch niemieckich księży. Mieli być oni winni doprowadzenia do śmierci dziewczyny znanej jako Anneliese Michel. Ich zdaniem, a także w opinii jej krewnych i przyjaciół, była ona opętana i egzorcyzmy były potrzebne. Zdaniem prokuratora Anneliese zmarła z powodu niedbalstwa, gdyż była chora, a podczas egzorcyzmów prawie  nie jadła i nie leczyła się odpowiednio. Inni twierdzili, że zmarła na skutek przedawkowania tegretolu - leku na epilepsję, który uszkadza czerwone krwinki.

Sama rozprawa była dramatyczna. Zeznawali zarówno specjaliści różnych dziedzin, jak i ludzie, którzy znali Anneliese. Ci pierwsi dowodzili, że dziewczyna była chora i zmarła w wyniku niedbalstwa. Ci drudzy mówili, że była niewątpliwie opętana. Jedna z sióstr Anneliese była wręcz oburzona, że ktoś poddaje w wątpliwość możliwość opętania. Ostatecznie sąd wydał wyrok skazujący księży-egzorcystów na karę więzienia w zawieszeniu. Na temat tej sprawy, głośnej w swoim czasie z powodów, o których dalej napiszę, nakręcono dwa dobre filmy. Pierwszym z nich zajmę się dzisiaj; drugim - w najbliższym czasie. 

"Egzorcyzmy Emily Rose", bo o nim dzisiaj chcę pisać, ukazują historię Anneliese z punktu widzenia zwolenników teorii o opętaniu. Film nakręcony jest w formie dramatu sądowego, podczas którego na sali pojawiają się kolejne osoby przedstawiające swoją wersję historii. Tytułowa Emily Rose to oczywiście Anneliese Michel. Jej życie ukazane jest oczami świadków tragicznych wydarzeń z końcowych lat jej życia. Zagubiona dziewczyna, samotna w ogromnym mieście, zaczyna dostrzegać diabelskie twarze - w kroplach wody na oknie, później na twarzach ludzi dookoła. Później zaczyna tracić nad sobą kontrolę. Również inne osoby zaangażowane w spór wyczuwają, że wokół Emily dzieje się coś niedobrego... i nadnaturalnego. Rodzina decyduje się na sprowadzenie egzorcystów. Ci nie mają wątpliwości - dziewczyna została opętana przez Złego.

Film jako horror jest całkiem udany. Objawy opętania Emily są pokazane bardzo sugestywnie, a jej historia - przekonująca. Do dziś pamiętam twarze ludzi, którzy po wyjściu z kina z niepokojem patrzyli w twarze innych - może doszukiwali się wspomnianych diabelskich twarzy? Wielka tutaj zasługa Jennifer Carpenter - która zagrała moim zdaniem doskonale. Dano do zrozumienia, że opętanie to nie jest rzecz, która przytrafia się jakimś wybranym osobom - przeciwnie, może spotkać każdego. To sprawia, że człowiek zaczyna się czuć jakby niepewnie. Co w filmie jest jeszcze strasznego? Oczywiście "typowe" elementy, jak dziwacznie poskręcane ciała, nienaturalne głosy i inne znane choćby z "Egzorcysty" tricki, które w tym filmie nie wywierają na szczęście wrażenia wtórności, gdyż są jedynie elementem uzupełniającym.

Jako dramat film również jest poruszający na swój sposób. Współczujemy samej Emily, gdyż widać, że nie zrobiła niczego złego i ogromne cierpienie spotyka ją za nic. Równie wyczuwalne jest cierpienie jej najbliższych oraz chęć udzielenia pomocy. Jednocześnie w filmie ukazany zostaje dramat współczesnego Kościoła oraz pewne wypowiedzi, z powodu których sprawa Anneliese Michel stała się tak głośna: otóż część duchowieństwa uznała, że szatan nie istnieje, a o opętaniu nie ma mowy. Pomijając fakt, że jest to kwestia wiary, dziwią takie oświadczenia, ewidentnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła w ustach osób, które uważają się za jego przedstawicieli. W filmie takie oświadczenia pojawiają się również. Tym sposobem Kościół zostaje pozbawiony możliwości pomocy osobom, które są zdania, że jej potrzebują i zgodnie z ich wiarą powinny tę pomoc otrzymać. Z punktu widzenia człowieka wierzącego cała sprawa (i filmowa, i rzeczywista) zyskują w tym momencie nowy wymiar: jest to proces dotyczący wiary i jej dogmatów. Dlatego proces (ten prawdziwy, dotyczący Anneliese) był aż tak głośny.

Wróćmy do filmu. Napisałem, że jako horror i dramat sądowy broni się znakomicie. A co jest nie tak? Przede wszystkim to, że całą historię podporządkowano konwencji horroru. To znacznie ograniczyło możliwości poznania innych wersji tej historii, a dodatkowo Emily Rose przedstawiona zostaje niemalże jako święta. Podobnie jej rodzina i znajomi. Dodać też muszę, że niepotrzebnie zupełnie dodano wątki, których naprawdę nie było, a mianowicie pewne objawy obecności złych duchów w życiu ludzi biorących udział w procesie. Można zadać sobie pytanie - po co proces, skoro nie ulega wątpliwości, że oskarżeni mają rację? Skąd pytania, skoro wszyscy mogą doświadczyć tego, co oni?

"Egzorcyzmy Emily Rose" słusznie cieszyły się moim zdaniem wielką popularnością. Szkoda tylko, że film pokazuje historię życia bohaterki w sposób tak stronniczy -  uniknięcie tego nie przeszkadzałoby moim zdaniem w uczynieniu z filmu dobrego horroru. Ale i tak ocena 8/10 jest zasłużona. Chociażby dlatego, że przez kilka kolejnych nocy obudziłem się sam z siebie o 3.00 nad ranem. Kto widział, ten wie.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Trzy Wiedźmy - być czarownicą to wiedzieć, co jest Słuszne

Wyrd Sisters

Wielka Brytania 1997
Na podstawie powieści "Trzy wiedźmy" Terry'ego Pratchetta


Werminia to ostrożny kuzyn leminga. Rzuca się tylko z niewielkich kamyków.

Każdy ma swoją ulubioną książkę lub serię wydawniczą. W moim przypadku jest to cykl "Świat Dysku" Terry'ego Pratchetta - seria powieści osadzonych w świecie zupełnie płaskim, dźwiganym przez cztery słonie stojące na grzbiecie ogromnego żółwia. Spośród licznych bohaterów serii najbardziej polubiłem babcię Weatherwax - potężną (i wyjątkowo upartą) czarownicę o niezłomnej woli i paskudnym (jeśli akurat jej z tym wygodnie) charakterze.

"Trzy wiedźmy" to pierwsza opowieść z cyklu, w której - oprócz babci Weatherwax - pojawiają się też jej dwie przyjaciółki: niania Ogg i początkująca adeptka magii Magrat. Są czarownicami w niewielkim i górzystym państewku Lancre (znanym z tego, że jedyny znany płaski fragment terenu trzymany jest w muzeum). Pewnej nocy wpada na nie jeździec, który przekazuje im dziecko - królewskiego potomka, którego ojciec został zamordowany przez żądnego władzy księcia Felmeta. Aby dziecko ukryć, przekazują je wędrownej trupie teatralnej. Jednak to nie koniec - królestwo pod rządami tyrana cierpi. Na dodatek nowy władca zaczyna też czepiać się czarownic, np. żąda, aby płaciły podatki, chociaż wszyscy wiedzą, że czarownice nie mają pieniędzy, bo nikt im nie płaci za usługi - no, chyba że miałby akurat jakieś odpowiednie ubrania albo świeżo upieczoną pieczeń. Dlatego decydują się dopomóc Losowi i przywrócić na tron prawowitego władcę.

Podejmowano jak dotąd kilka prób sfilmowania powieści ze "Świata Dysku". Niestety - to, co doskonale się czyta, niekoniecznie dobrze ogląda, gdyż wiele humorystycznych akcentów to komentarze w narracji lub przypisy wyjaśniające pewne terminy lub zjawiska w dość niekonwencjonalny sposób. Do tego dochodzi kwestia doboru aktorów: postacie z powieści Pratchetta są dość dobrze opisane, a w dodatku uwiecznione przez artystę Paula Kidby'ego. Odstępstwa od opisów mogłyby się skończyć powszechną krytyką. Odstępstwa od fabuły - jeszcze gorzej. Twórcy "Trzech Wiedźm" zdecydowali się na stworzenie filmu animowanego, aby uniknąć części problemów. Decyzja ta była moim zdaniem iście genialna.
"Trzy Wiedźmy" są jedną z najwierniejszych ekranizacji (jeśli można tak nazwać animację), jakie widziałem. W filmie zachowana jest ogromna większość dialogów z powieści, podanych niemal słowo w słowo. Wielka jest przy tym zasługa Piotra Cholewy, wieloletniego tłumacza powieści Pratchetta, który przetłumaczył również wszystkie dialogi z filmu. Nie pominięto praktycznie żadnego akapitu, nie zapomniano o żadnym wątku. Jedyną zmianą - konieczną w wypadku tej powieści - jest włożenie w usta bohaterów pewnych kwestii, które w książce były elementem narracji. Takie jednak odstępstwo jak najbardziej toleruję - film na tym mocno zyskuje, gdyż staje się zrozumiały dla widza nieznającego książki, a także śmieszniejszy. Z powodu wiernego trzymania się powieści film jest bardzo długi jak na animację - trwa grubo ponad dwie godziny. Jednak za sprawą fabuły i niebanalnych postaci (zwłaszcza duetu starszych czarownic - babci Weatherwax i niani Ogg) film nawet na chwilę nie sprawia wrażenia za długiego i nie ma mowy o poczuciu znudzenia.


Świetnie też oddano postacie bohaterów, a zwłaszcza tytułowych trzech czarownic. Babcia Weatherwax jest surową starszą panią, ale bynajmniej nie odpychającą. Można określić słowem "dostojna" - po sposobie poruszania się i zachowania widać, że jest osobą z charakterem i zna swoją wartość. Najbardziej dba o image czarownicy - jednak wbrew pozorom nie jest w najmniejszym stopniu zła. Wie za to najlepiej, co jest Słuszne i tego się trzyma. Niania Ogg jest - podobnie jak w książce - pulchną damą o prostym sposobie bycia, niewybrednym poczuciu humoru i zawsze chętną poczęstunku (a kto rozsądny odmówi poczęstunku czarownicy?). Magrat także pasuje do książkowego opisu - młoda dziewczyna wyglądająca jak wyznawczyni kultu Wicca, z mnóstwem amuletów i magicznej - jej zdaniem - biżuterii. Doskonale dobrano też głosy postaci, również stosownie do opisów powieści: babcia Weatherwax mimo zaawansowanego wieku ma głos czysty, a niania Ogg - zachrypnięty od nadmiernych ilości napojów na bazie jabłek (no, głównie jabłek) oraz tytoniu.

Jeśli miałbym napisać, że coś mi się nie spodobało, to jedynie pierwsze wrażenie wywołane samą animacją. Film ma już swoje lata i młodszym widzom może wydać się archaiczny - istotnie, w świecie animacji komputerowych, a nawet nowszych produkcji tradycyjnych zdaje się być stworzony nieco prymitywną techniką. Pierwsze moje skojarzenie dotyczyło seriali na podstawie komiksów Marvella, które oglądałem w dzieciństwie. Jednak złe wrażenie szybko mija - każda z postaci jest narysowana dość starannie, ma wyraźną mimikę, a podczas poruszania się uniknięto przykrego efektu sztywności, jakby tylko fragmenty ciała zmieniały położenie. całe Tutaj ruchy są dość płynne i kiedy np. postać obraca głowę, to poruszają się też ramiona oraz szaty. Dość wyraźna jest też mimika.

"Trzy Wiedźmy" to moim zdaniem obowiązkowa lektura dla miłośników prozy Pratchetta - powinni być oni zadowoleni z filmu i wierzę, że będą mieli równie dobrą zabawę, jak ja, podczas porównywania filmu z książką. Tym, którzy nie znają powieści, film polecam również: dzięki specyficznemu i niebanalnemu humorowi spodobać się może i młodszym widzom, i tym starszym. godne uwagi są zwłaszcza dwie sceny: przywoływania demona oraz wcielenia się czarownic w niewinne zbieraczki chrustu. Mam też szczerą nadzieję, że animacja zachęci widzów do przeczytania powieści i sięgnięcia po kolejne.

Ocena filmu - 9/10. Wiem, że ma wady, że animacja momentami trąci myszką - ale czy mam prawo ocenić niżej ekranizację jednej ze swoich ulubionych książek? Poza tym - babcia Weatherwax na pewno byłaby zadowolona z takiej formy okazania szacunku i doceniłaby fakt, że przez szczerość nie oceniłem na 10.

piątek, 23 sierpnia 2013

Europa Report - raport jak prawdziwy

Europa Report

USA 2013
Scenariusz: Philip Gelatt
Reżyseria: Sebastian Cordero

Pod koniec lat 90. bezzałogowa sonda Galileo dotarła do jednego z księżyców Jowisza - Europy. Badania wykazały, że pod lodem pokrywającym księżyc mogą znajdować się oceany. W podobnych warunkach powstało życie na Ziemi - można więc zadać sobie pytanie, czy jakieś formy życia, choćby i bardzo prymitywne, nie powstały i tam? Film "Europa Report" to próba odpowiedzi na pytanie, jak mogłaby wyglądać misja załogowa na inne ciało niebieskie, a także poszukiwania życia pozaziemskiego.

Film nawiązuje do opisanej misji. Na początku dowiadujemy się o odkryciu na Europie przez bezzałogowe sondy wody, podziemnego oceanu, a także (co jest już wymysłem scenarzysty) umieszczonego pod lodem źródła ciepła. Wskazywałoby to na obecność kominów geotermalnych - miejsc, w których woda byłaby ogrzewana przez ciepło docierające z wnętrza Europy. Dlatego agencje kosmiczne jednoczą wysiłki w celu wysłania załogowej misji na ten księżyc. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem - potem jednak zaczynają się problemy... jednak statek dociera na miejsce. Załoga rozpoczyna badania. Zanim jeszcze uzyskane zostaną jakiekolwiek wyniki, niektórzy zaczynają mieć przeczucie, że coś na księżycu ich obserwuje.

"Europa Report" nakręcony jest w formie zmontowanych fragmentów nagrań kamer umieszczonych na statku oraz urywków kronik nagranych przed startem i po ukazanych w filmie wydarzeniach. Trzeba przyznać, że twórcy postarali się, by przydać swemu dziełu jak najwięcej autentyczności: nie ma "przypadkowego" użycia ręcznej kamery przez kogoś z załogi (jakże częsty zabieg, by pokazać coś intrygującego) - jeśli jeden z bohaterów mówi, że coś widział, ale kamera tego nie nagrała, to widz również tego nie zobaczy. Kamery nie zmieniają położenia, w rogu ekranu mamy zawsze wyświetloną informację, która z nich aktualnie nadaje. Obraz czasami psuje się lub faluje. Widać też czasami efekt prześwietlenia spowodowany przez świecące wprost na kamerę Słońce lub światło odbite od lodu. W świecie rzeczywistym też tak się dzieje.

Obok tego wielką zaletą filmu jest też bardzo wysoki stopień realizmu. Statek "Europa 1" zbudowany jest z użyciem znanej nam technologii - począwszy od napędu, a skończywszy na utworzeniu grawitacji przez wirujące wokół osi moduły mieszkalne. Spacery kosmiczne, operacje startu i lądowania nie odbywają się w cudowny sposób, lecz wymagają odpowiednich przygotowań i są dość czasochłonne. Nie ma też cudownie rozchodzącego się dźwięku w próżni czy nagłych ruchów statku w kosmosie - w przestrzeni kosmicznej panuje próżnia, więc o żadnym dźwięku nie ma mowy, a ruchy statku są płynne i powolne - jak w "Odysei Kosmicznej" - tylko bez tej pięknej muzyki. Nie chcę opowiadać szczegółów fabuły, dodam więc tylko, że samo badanie obecności życia również jest ukazane realnie - zamiast cudów typu "odkryliśmy ogromne drzewo albo nieznane zwierzę", mamy długie, mozolne szukanie śladów.

Równie realnie ukazani są bohaterowie. Wzorowani na współczesnych astronautach posiadają odpowiednie wyszkolenie i specjalizację. Nie są supermenami znającymi się na wszystkim: inżynier umie naprawić statek, ale nie za bardzo umie pilotować, z kolei pilot nie bawi się urządzeniami do analizy próbek gruntu. Przebywając na statku, wykonując jedynie rutynowe czynności, rozmawiają o niczym, żartują i dokuczają sobie nawzajem. Z drugiej strony, kiedy przychodzi co do czego, są profesjonalistami, którzy nie pozwalają, by emocje czy strach zapanował nad wyszkolonymi odruchami i robią, co do nich należy. Muszę tu zauważyć pewną ważną, a często pomijaną rzecz: otóż aktorzy odgrywający role astronautów nie mają żadnego makijażu (przynajmniej taki jest widoczny efekt). To logiczne - na statkach kosmicznych są ostre ograniczenia masy użytecznej, zużycia wody, harmonogram użycia łazienek itp. Skutkiem tego wyglądają nie jak aktorzy grający kosmonautów, tylko jak kosmonauci właśnie.

To, co zwiększa realizm filmu, sprawia jednak, że film nie jest zapadającym w pamięć dziełem. Przede wszystkim - dla współczesnego widza, przyzwyczajonego raczej do filmów takich jak "Star Trek" czy "Gwiezdne Wojny", "Europa Report" będzie zbyt statyczny i pozbawiony akcji. Spodziewam się, że wiele osób nie doceni wysiłku włożonego w uczynienie filmu realistycznym i narzekać będzie na nudę oraz monotonię. Mimo że trudno spodziewać się braku monotonii w misji trwającej 22 miesiące. Jedna rzecz też nie daje mi spokoju: czy naprawdę taka misja byłaby załogowa? Skoro na razie człowiek nie stanął nawet na Marsie - czy wysyłanoby aż 6 osób w podróż znacznie dłuższą i bardziej niebezpieczną? A może raczej zainwestowanoby w misję bezzałogową - związaną ze znacznie mniejszym ryzykiem, o kosztach nie wspominając? Sporą wadą filmu jest też fakt, że mniej miejsca zajmuje poszukiwanie życia pozaziemskiego, a więcej - problemy interpersonalne oraz walka z psującymi się urządzeniami. Zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości drobne naprawy pochłaniałyby więcej czasu niż same badania, ale mimo wszystko... można było chyba wybrać te ciekawsze fragmenty nagrań?

Biorąc pod uwagę wszystko powyższe, trudno mi "Europa Report" jednoznacznie ocenić. Z jednej strony powinienem ocenić film bardzo wysoko za realistyczne ukazanie misji załogowej na inne ciało niebieskie. Z drugiej strony - pewne elementy sprawiają, że film pozostawia niedosyt. Ostatecznie dam mu jednak te 7 punktów na 10. Polecam go zwłaszcza ludziom interesującym się astronautyką: jeśli marzycie o podróżach w kosmos, to tak właśnie one wyglądają.

środa, 21 sierpnia 2013

Byzantium - jak zmarnować pomysł, pieniądze i czas.

Byzantium


Wielka Brytania, Irlandia, USA 2012
Scenariusz: Moira Buffini
Reżyseria: Neil Jordan

Zdarza się, że film posiada potencjał, który pozostaje niewykorzystany. Czasami na podstawie przeciętnego scenariusza powstaje film kultowy. Częściej zdarza się sytuacja pierwsza, niestety. Takie na przykład "Byzantium": z opisów wnioskowałem, że film będzie może nie czymś na miarę "Wywiadu z wampirem", ale filmem przynajmniej chwytającym za serce, z pięknymi zdjęciami i z ciekawą historią.  W życiu się tak nie pomyliłem.

Z opisu dystrybutora wnioskujemy, że film opowiada historię dwóch wampirzyc. W nadmorskim kurorcie spotykają człowieka oferującego im schronienie w pensjonacie Byzantium. Jedna z wampirzyc, ta młodsza, poznaje śmiertelnie chorego człowieka, któremu wyjawia, kim naprawdę są, a na dodatek - że są prześladowane przez inne wampiry, którym podpadły. Historia brzmi jak coś znanego, ale przynajmniej sugeruje, że film będzie niezły. (Uwaga: w dalszej części będą bezczelnie wstawione szczegóły fabuły, a także niezbyt miłe słowa pod adresem osób mających udział w powstaniu filmu)

Przede wszystkim opis dystrybutora nijak ma się do rzeczywistości. Film składa się w istocie z serii poukładanych chyba na chybił trafił scenek, które ukazują nie dramatyczną, a raczej idiotyczną i żenującą historię wampirzycy i jej córki. Wampirzyce te żyją sobie ponad dwieście lat - i niczego się przez ten czas nie nauczyły oprócz, przepraszam za wyrażenie, zarabiania tyłkiem na ulicy. Jakoś mało inteligentne i zaradne. Ich historia opowiedziana jest przez młodszą wampirzycę, która zdradza wszystko nie tylko wspomnianemu przyjacielowi. Pisze o tym pracę w szkole, która zostaje potraktowana zupełnie poważnie (!) przez kilka osób. Wyobrażam sobie reakcję nauczyciela literatury w takiej sytuacji: rozbawienie - możliwe, zainteresowanie - prawie pewne, jeśli praca jest dobrze napisana. Ale lęk i strach? Czy nawet zaniepokojenie? Wezwanie matki do szkoły? Litości...

Dalej idziemy z obsadą. Mam wrażenie, że wszystkich aktorów dobierano według dwóch kryteriów: umiejętności mówienia cichego i przerywanego oraz przesadnego oddawania emocji, jak w niemych filmach albo w teatrze. Wypowiedzi bohaterów w piśmie wyglądałyby... mniej więcej tak.... jakby po każdych... kilku słowach... trzeba było... wstawić wielokropek... Po kwadransie takich dialogów i narracji można usnąć. Aktorzy, zwłaszcza młodsza z głównych bohaterek, przyjmują przy tym miny godne swoich pobratymców ze "Zmierzchu". Tylko że "Zmierzch" adresowany był do młodszej wiekiem widowni i nie śmiałbym się spodziewać po nim poważnych rozmów o sensie życia. To miał być romans dla młodzieży z wampirami w tle - i tyle. Tutaj ktoś chciał stworzyć chyba film nieco poważniejszy. Poważniejszy jednak w wydaniu twórców "Byzantium" oznacza dialogi rodem z Paolo Coehlo, w której każda niemal wypowiedź jest na siłę niemal wieloznaczna i przepełniona mądrością. Rozmowy bohaterów są przez to kompletnie niewiarygodne i sztuczne. Podobnie ich zachowanie - emocje są przesadne i zupełnie nienaturalne. Dramatyczne i patetyczne gesty dobrze wyglądają w teatrze, gdzie pozwalają widzowi lepiej zrozumieć emocje postaci, ale film to nie teatr i teatralne gesty wyglądają tutaj co najmniej dziwacznie.

Jeśli mowa o sztuczności, to nic nie przebije jednak efektów wizualnych. Spodziewacie się ładnych ujęć? Pięknych scen podkreślających dramaturgię wydarzeń? A może - chociaż to dramat, bo horroru czy grozy tu nie ma za grosz - jakichś interesujących efektów specjalnych? Nic z tych rzeczy. Ujęcia są banalne. Efekty specjalne ograniczone są do wydłużających się paznokci, których jakość wykonania przebija nawet niektóre znane mi produkcje klasy "B" - widać, że są to tipsy, w dodatku źle naklejone i niedobrane kolorystycznie. W kilku momentach jedna z bohaterek zabija ofiarę - znajduje się pod wodospadem, którego woda, na znak dokonanej zbrodni robi się czerwona. Efekt wygląda jak wykonany w programie "paint" przez czwartoklasistę. Nawet ja zrobiłbym to lepiej. Dodam jeszcze kwestię charakteryzacji i strojów: dość powiedzieć, że w pewnym miejscu nie zauważyłem nawet, że akcja po raz kolejny cofnęła się 200 lat wstecz. Tak rażących niedbałości nie widziałem nawet w niektórych pseudohistorycznych produkcjach "made in Hollywood" i to dawniej, bo dzisiaj takich wpadek Amerykanie mają znacznie mniej.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że film jest przerażająco wręcz nudny. Nie ma żadnej akcji, opowiadana przez bohaterkę historia jest rozczłonkowana na kilkanaście odcinków opowiadanych na zasadzie telenoweli (każdego odcinka kolejne pięć minut z życia) i po pewnym czasie widz traci nie tylko zainteresowanie, ale i orientację - kto, kogo i dlaczego. Jeśli do tego dołożę tragiczny styl wypowiedzi bohaterów, to otrzymam najnudniejszy film, jaki oglądałem od wielu lat, a już na pewno najgorszy, na jakim byłem w kinie. Nie rozumiem też zupełnie - skąd porównania do Wywiadu z wampirem"? Dlatego, że w tworzeniu obu filmów brały udział te same osoby? Przykro mi, ale "Byzantium" tak się ma do "Wywiadu z wampirem", jak "Zabójcze ryjówki" do "Odysei Kosmicznej". Kto widział, ten zrozumie. To i tak nie jest dobre porównanie, bo na "Ryjówkach" przynajmniej jest się z czego pośmiać. W "Byzantium" elementów humorystycznych nie ma w ogóle. Nie ma też elementów pogodnych, albo chociaż neutralnych. W tym filmie jest tylko wszechogarniająca beznadzieja i niezwykle sztuczne próby wywołania lęku czy niepokoju. Kompletnie nieudane moim zdaniem, bo filmem grozy "Byzantium" nie jest na pewno. Człowiek ma jedynie chęć potrząsnąć młodszą bohaterką i wrzasnąć na nią, by wzięła się w garść i coś ze sobą zrobiła, zamiast trzymać bez potrzeby maminej spódnicy, co tylko działa jej na szkodę.

Filmowi nadaję więc ocenę bardzo niechętnie przyznawaną. Zawsze mam wrażenie, że czegoś nie zauważyłem, czegoś nie doceniłem. Ale w tym wypadku nie ma takiej możliwości, gdyż żadnych pozytywnych cech nie zauważyłem. "Byzantium" nie daje mi wyboru i staje się pierwszym w historii mojego bloga filmem, który otrzymuje ocenę 1/10. Ten film uważam całkowite nieporozumienie, niewarte ani czasu, ani pieniędzy, ani nerwów. Lepiej już obejrzeć sobie wyśmiewaną na wszelkie sposoby sagę "Zmierzch" - tam przynajmniej zdjęcia i efekty specjalne są niezłe.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Powrót Króla - lekko zubożony koniec przygody

The Lord of the Rings: The Return of the King

Nowa Zelandia, USA 2003
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson

Tytuł wpisu nawiązuje oczywiście do wątku, którego bardzo zabrakło mi w filmie, mianowicie do próby ustanowienia przez Sarumana swoich rządów w Shire. Może nie jest to wątek bardzo ściśle związany z całą historią Pierścienia, ale jakoś mi tego zabrakło. Saruman był - i nagle zniknął, co jest tym bardziej przykre, że grał go sam Christopher Lee. Moim zdaniem usunięcie wspomnianego wątku ma związek z chronologicznym ujęciem przygód bohaterów powieści. To sprawiło, że dopiero w trzeciej części, a nie w drugiej, pojawiła się przeprawa z Szelobą. W przeciwnym razie czasu starczyłoby akurat na to, by rozprawę z Sarumanem pokazać. Ale cóż, cieszmy się z tego, co jest. I, jak zwykle, skupię się tylko na kilku wybranych zagadnieniach. Nie będę na przykład opisywał, co mi się podobało, a co nie w spotkaniu z Szelobą - ostatecznie to tylko tunele i wielki pająk, więc co - poza dodaniem karygodnego moim zdaniem wątku z odesłaniem Sama - można było zrobić nie tak?

Minas Tirith i armia Gondoru
Stolica Gondoru jest w powieści opisana w taki sposób, że pozwala określić ogólny kształt miasta, ale szczegóły pozostawia wyobraźni czytelnika. Twórcy mogli więc pozwolić zaszaleć wyobraźni. Efekt jest moim zdaniem wspaniały: filmowe Minas Tirith idealnie wpasowało się w moje wyobrażenie o tym mieście. Dostojne, solidne białe mury przywodzą na myśl Konstantynopol; miasto potężne, pozornie niezdobyte, chociaż w po setkach lat nieco upadające. Mieszkańcy wyglądają na dumnych, dochowujących wierności stylowi życia i tradycjom, chociaż lęk i smutek w oczach wskazuje na to, że są świadomi utraty dawnej chwały. Miasto nadal zachowuje jednak zdolność do obrony przed wielką armią - i stosownie do swojej wagi i tradycji jest dość nowoczesne i solidnie uzbrojone: warto zwrócić uwagę na obecność jedynych w Śródziemiu trebuszetów - w "naszym" świecie będących chyba najskuteczniejszymi machinami miotającymi epoki średniowiecza. Z nowoczesnością urządzeń obronnych trochę nie współgra armia Gondoru - sprawia wrażenie formacji nieco paradnej i zaskakująco nieporadnej w obliczu wroga, mimo że przecież wielokrotnie brała udział w boju. Można to jednak wytłumaczyć trwogą wzbudzaną przez krążące w powietrzu Nazgule oraz ogromną przewagą wroga - tak jak to miało miejsce w powieści. Ogólnie za przedstawienie Minas Tirith oraz armii Gondoru - plus.

Minas Morgul i armia Mordoru
Mroczna potęga twierdzy została tutaj ukazana w pełni. Scena wymarszu armii Mordoru mnie osobiście zachwyciła, zwłaszcza w połączeniu z ukazaną reakcją mieszkańców Minas Tirith: najpierw cisza, potem nagle kolumna światła i pokazuje się on - Król Czarnoksiężnik. Wróg osiągnął niemal szczyt potęgi i rzuca butne wyzwanie - oczywiście odpowiednio widowiskowe, którego w powieści nie było, ale stanowi to dobre wprowadzenie do tego, co już niedługo czeka obrońców Gondoru.
Zwrócić muszę tutaj uwagę na armię Mordoru i jego sojuszników. Ciekawe, że twórcy filmu sprawili, iż Sauron jest tradycjonalistą, jego armia w porównaniu z siepaczami Sarumana sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie lekko przestarzałej i gorzej zorganizowanej. Zbroje orków są gorszej jakości, sami orkowie nie używają materiałów wybuchowych, a niemal każdy ma inne uzbrojenie i wyposażenie. Armia jest też dość mało karna, w każdym razie w porównaniu z ludźmi z Haradu. Mordor za to wyraźnie wyprzedza Isengard względem sztuki oblężniczej: wieże, onagery, a wreszcie budzący grozę Grond - wszystko to świadczy o starannym przygotowaniu do oblężenia miasta. Właśnie, Grond... taran służący do rozbicia głównej bramy wygląda groźnie, ale i pięknie, mnie w każdym razie zachwycił artyzmem wykonania. Za armię Mordoru twórcy filmu również zasługują na mój podziw i szacunek.

Bitwa na polach Pelennoru
Jako że bitwa ta jest największą batalią Wojny o Pierścień, warto poświęcić jej parę słów.Od razu napiszę, że nie podobała mi się, i to bardzo, jedna rzecz: zastąpienie "ludzkich" posiłków dowodzonych przez Aragorna armią duchów, która w powieści pojawia się tylko epizodycznie i odgrywa znacznie mniejszą rolę. I po co? Czy batalia z udziałem wyłącznie ludzi nie byłaby dość efektowna? Botwa o Helmowy Jar dowodzi czegoś przeciwnego.
Jednak reszcie nie zarzucę nic. Owszem, pewne szczegóły uległy zmianie, ale scenom bitewnym wyszło to tylko na dobre. Dzięki temu mamy na przykład nieco bardziej dramatyczne pojawienie się armii Rohanu, a także chyba najbardziej efektowną scenę filmu - walkę z mumakilami. Potężne olifanty w powieści opisano jako "ruchome domy" - i trudno się nie zgodzić, kiedy patrzy się na szarżę tych potężnych bestii. Przyznać też muszę, że wielkie zrobił na mnie wrażenie pojedynek Eowiny z Królem Nazguli. Podobała mi się też drobna zmiana uczyniona w jego wyglądzie: w powieści czytamy, że przestrzeń między koroną a płaszczem zapiętym pod szyją wypełniały płomienie. Taki opis szczerze mówiąc jakoś mi nigdy nie pasował - filmowi Nazgule pozbawieni jakiegokolwiek ciepła i śladów życia wyglądają jak wcielenie śmierci i są tym bardziej przerażający. Scenę Bitwy na Polach Pelennoru oceniłbym więc wysoko, gdyby nie fakt wprowadzenia do niej armii upiorów. Mogę więc wystawić jedynie ocenę dobrą.

Mordor
Wędrówka Froda ukazuje nam Mordor w pełnej okazałości. Kraina została przedstawiona moim zdaniem w sposób celujący: ziemia wygląda na wielokrotnie torturowaną i splugawioną - ponure, smutne pustkowie, które nigdy nie zaznało światła słonecznego, nigdy nie wyrosła na nim żadna roślina ani nie przebiegło żadne zwierzę. Filmowa Góra Przeznaczenia jest tworem mającym w sobie elementy czarnoksięskie: z jednej strony widać, że to "zwykły" wulkan, ale z drugiej - ogień i pyły Orodruiny wydają się być poruszane czyjąś wolą, przesłaniają niebo jedynie nad Mordorem i tam, gdzie znajduje się armia Nieprzyjaciela. Ciekawy zabieg, który sprawia, że Góra wydaje się żyć własnym życiem. Jeśli mowa o Górze, to wspomnieć muszę o scenie z Pierścieniem - mnie osobiście zadziwiło, jak za pomocą drobnych zabiegów związanych z oświetleniem udało się Elijahowi Woodowi sprawić, że grany przez niego Frodo nabiera nagle energii, siły i mocy.

Epilog
Nawet zagorzali fani filmu krytykują zakończenie trylogii jako zbyt długie i rozciągnięte. Krytykantom radzę zajrzeć jeszcze raz (albo pierwszy raz) do powieści: wątki takie jak wyzdrowienie Froda i Sama, ślub Aragorna i Arwerny, pożegnania i rozstania oraz powrót do Shire zajmują sporą część ostatniego tomu. Z mojego punktu widzenia błąd tkwi w zaskakująco złym montażu, z długimi zaciemnieniami sugerującymi koniec filmu. Dziwne naprawdę, że Jackson, dotąd tak starannie pilnujący pracy kamery, zdecydował się na taki dziwaczny zabieg. Rekompensują to ostatnie minuty filmu - scena na Szarych Nabrzeżach wskazująca jasno, że to już koniec wielkiej przygody. Przy okazji - zwróćcie uwagę na statek elfów. Jest on dowodem na to, co wspominałem o "przestarzałości" elfów. Statek jest zadziwiający jak na jednostkę pełnomorską. Jest piękny, to fakt, ale ster boczny? Brak żagli rejowych? Jakoś mi to nie pasuje do okrętu płynącego w daleką podróż. Za to pasuje ja ulał do okrętu, który zatrzymał się w czasie na tysiące lat - jak rzymska galera w epoce Wielkich Odkryć Geograficznych. Przy okazji - wielki plus dla Jacksona za zakończenie filmu tymi samymi słowami, które kończą powieść.

Trzecia część zawiera w sobie pewne wątki, które w powieści opisane zostały w "Dwóch Wieżach" - co jest moim zdaniem do pewnego stopnia błędem, gdyż doprowadziło do uproszczenia np. kwestii Sarumana, który we "Władcy Pierścieni" odgrywa daleko bardziej znaczącą rolę - do samego końca. Z drugiej strony film jest sam z siebie na tyle efektownie nakręcony, na tyle trzymający w napięciu i wzruszający, że jakoś się broni. Mnie osobiście zawiodło jedynie samo zakończenie Bitwy na Polach Pelennoru. Jednak ponownie dam ocenę 9/10.

Trzy części, trzy filmy i trzy wpisy na blogu. Pozwolę sobie na komentarz: no, to wreszcie skończyłem.

piątek, 16 sierpnia 2013

Dwie Wieże - wierność powieści zarzucona w imię dramaturgii

The Lord of the Rings: The Two Towers

Nowa Zelandia, USA 2002
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens, Stephen Sinclair
Reżyseria: Peter Jackson

"Dwie Wieże" to chyba najbardziej zmieniona - względem literackiego pierwowzoru - część trylogii "Władca Pierścieni". Dzieje się tak, jak mniemam, z jednej przyczyny: otóż wydarzenia opisane w "Dwóch Wieżach" dzieją się w różnym czasie, a Jacksonowi najwyraźniej zależało na zachowaniu, w miarę możliwości, jedności czasu. Musiał więc w jakiś sposób wypełnić czas potrzebny Frodowi i Samowi na dotarcie do Minas Morgul, gdyż walka z Pajęczycą miała miejsce praktycznie w tym samym czasie, co oblężenie Minas Tirith - w powieści opisane przecież w kolejnym tomie! Jako ekranizacja film jest więc, co tu dużo mówić, straszny. Jednak, pozwolę sobie na powtórzenie pewnej myśli: co wyszło na złe ekranizacji, wyszło na dobre filmowi. W filmie pojawiają się sceny, których w powieści rzecz jasna nie ma, ale dodają pewnego dramatyzmu i sprawiają, że film po prostu dobrze się ogląda.

Edoras
Kolejna kraina odwiedzana przez bohaterów wzorowana była na dawnych plemionach gockich, ale mnie kojarzyła się zawsze z przedchrześcijańską Polską: kraj ten zamieszkują ludzie "mądrzy, choć niewykształceni, niepiśmienni, ale znający wiele opowieści". Faktycznie, Rohan jest krajem zamieszkanym przez ludzi prostych, ich budowle są równie nieskomplikowane, choć i tak budzą podziw swoją wielkością - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że są z drewna i słomy. Takie domy zresztą wcale nie są takie złe - drewniane ściany i pokryty strzechą dach doskonale chronią przez upałami latem, przed mrozem zimą, a przed deszczem przez cały rok. Armia Rohanu również sprawia wrażenie jakby nieco prymitywnej - za to dobrze zorganizowanej i walecznej do szaleństwa. Pominięto tylko jeden aspekt - rohirrimowie byli ponoć doskonałymi łucznikami konnymi, a tu tego nie widać.

Armia Sarumana
Najpierw może parę słów o Orthanku: budowla faktycznie, jak w powieści, sprawia wrażenie mniejszej wersji Barad-Dur, co nie znaczy, że sama z siebie nie jest majestatyczna. Emanuje potęgą i dostojeństwem. Ciekawe jest to, że jej surowe kształty pasują i do lasów, które otaczały Orthank wcześniej, i do kopalń, które nastały później. A armia Sarumana? Tak jak i u Tolkiena, widać, że Saruman wybiegł mocno naprzód i był zwolennikiem innowacji. Jego armia jest, że tak powiem, najlepiej wyszkolona i uzbrojona. Uruk-hai mają identyczne uzbrojenie, solidne zbroje płytowe, a jedyną ich słabością może być brak bardziej urozmaiconego i dostosowanego do okoliczności sprzętu oblężniczego. Ale można przyjąć, że Saruman spodziewał się, że z Rohanem łatwo sobie poradzi, a w zanadrzu miał kolejne plany. W każdym razie - pozostaje się cieszyć, że uruk-hai nie było zbyt wielu, bo wojna mogłaby się potoczyć inaczej.

Ithilien
Spotkanie hobbitów z oddziałem Faramira wypadło nadzwyczaj korzystnie - mimo nieścisłości z powieścią. Przede wszystkim za sprawą pojawienia się mumakili. Powieść traktuje je jako ogromne słonie, których dzisiejsi krewniacy są dalekim cieniem ich potęgi - Jackson troszkę zaszalał i chwała mi za to, bo bestie są cudowne - groźne i piękne jednocześnie. I faktycznie dzisiejsze słonie przy nich to jak domowy kotek przy tygrysie szablozębnym.

Bitwa o Helmowy Jar
Na początek muszę wspomnieć o scenie, która wielu fanów twórczości Tolkiena doprowadziła do białej gorączki - a mianowicie o udział elfów w tej bitwie. Wiemy, że w powieści tego nie ma. Ale w filmie jest i wypada doskonale. Wejście elfów do twierdzy to świetnie nakręcona i ładna scena, która przy okazji pozwala powiedzieć parę słów o armii elfów. Widać, że istoty te żyją w pewnej izolacji, gdyż ich uzbrojenie i wyposażenie jest typowe dla czasów pokoju: efektowne, wywierające wrażenie, ale jednak w praktyce chyba trochę przestarzałe i niezbyt skuteczne biorąc pod uwagę fakt, że orkowie zadają im wielkie straty bez większych szkód. Widać też, że elfy znakomicie radzą sobie z łukiem, ale walka wręcz wychodzi im gorzej. Z obsadą twierdzy Jackson nieco przesadził - Tolkien napisał co prawda, że wielu obrońców liczyło zbyt dużo lub zbyt mało lat, ale wygląda na to, że Aragorn, Gimli i Legolas to jedyni w pełni sprawni wojownicy w twierdzy. Cóż, film ma swoje prawa... przynajmniej sama bitwa wygląda efektownie.

Entowie
Spodziewam się, że fani Tolkiena będą życzyć mi śmierci za te słowa, ale entowie to jedyna chyba rzecz, której zmiana względem literackiego pierwowzoru wyszła na korzyść. W powieści entowie opisani byli jako bardzo duzi ludzie, których zarost i strój upodabniało do drzew - w filmie natomiast mamy praktycznie chodzące drzewa. Efekt jest piorunujący - w powieści entowie byli częścią lasu, w filmie są lasem. Entowie stali się przez to majestatyczni i dostojni, znacznie różniący się od ludzi, ale przecież niekoniecznie dla nich groźni, jeśli się ich nie niepokoi. Ich związek z lasem i dziką przyrodą jest tym bardziej zrozumiały i widoczny. Różnice z powieścią dotyczące przebiegu wiecu również oceniam na korzyść - widz niezaznajomiony z powieścią lepiej zrozumie rolę hobbitów w zachęceniu entów do opowiedzenia się po stronie ludzi i wzięcia udziału w wojnie. A przy okazji - za najlepszą scenę w tym filmie uważam właśnie wymarsz entów na Isengard.

Osgiliath
Ten wątek rozjuszył do białości wielu fanów - nie dziwię się. Wiemy dobrze, że Faramir nie poddał się wpływowi Pierścienia, chociaż może było blisko. O ile same ujęcia Osgiliath są starannie dopracowane (jak się przyjrzeć, to w paru ujęciach widać orków budujących już jakieś machiny na drugim brzegu), to jednak Jackson dopuścił się pewnego absurdu: otóż scena z Frodem niemalże podającym Pierścień jednemu z Nazguli nie ma racji bytu - przecież Sauron dowiedziałby się, gdzie jest pierścień i gdzie należy szczególnie starannie przeszukiwać drogi! A on nic nie zrobił. Albo ten Nazgul był nieuważny, albo nie wiedział, co Frodo trzyma w ręku - w co mi się nie chce wierzyć. W każdym razie - wątek z Osgiliath jest moim zdaniem wyłącznie wspomnianym "wypełniaczem" mającym na celu "opóźnienie" dotarcia bohaterów do granic Mordoru.

Jako ekranizacja, "Dwie wieże" są stanowczo najbardziej odbiegającym od powieści częścią trylogii. Niektóre wątki pominięto, inne wymyślono od podstaw, a ich obecność czasami budzi wątpliwości. Jednak film jako całość broni się i jeśli oceni się go sprawiedliwie jako film, a nie ekranizację, to chyba może się podobać. Mnie się w każdym razie podoba. Pomijając wątek przeniesienia Froda do Osgiliath. Jednak film jako niezależna produkcja broni się znakomicie. Część drugą, podobnie jak pierwszą, oceniam na 9/10.

środa, 14 sierpnia 2013

Drużyna Pierścienia - marzenie o Władcy Pierścieni

The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring

Nowa Zelandia, USA 2001
Scenariusz: Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson


Niedawno miałem okazję toczyć rozmowę, która zaczęła się od "Hobbita", a skończyła na "Władcy Pierścieni". O ile w początkowym stadium się zgadzaliśmy, o tyle w późniejszym - już nie. Mój rozmówca twierdził, że ekranizacja największego dzieła Tolkiena jest nieudana. Ja mam na ten temat inne zdanie.

Na początek informuję, że tak, zdaję sobie sprawę, iż ekranizacja "Władcy Pierścieni" odbiega od oryginału. Pewne wątki pominięto, inne przeinaczono. Jednak nie ma tutaj tak karygodnych błędów, jak w nieszczęsnym "Hobbicie", gdzie totalnie pomieszano nawet stopnie pokrewieństwa między bohaterami i większość treści się zachowała. Poza tym, filmowy "Władca Pierścieni" zachęcił trochę ludzi do przeczytania powieści, a to już sukces. Wydaje mi się, że większość przeinaczeń we "Władcy..." wynika z faktu, że Jackson chciał ukazać dzieje członków wyprawy z zachowaniem jedności czasu, co w miarę się udało.

Informuję też, że ja także zaliczam się do fanów mistrza Tolkiena i spostrzegłem wiele elementów odbiegających od powieści. Jednak uważam, że dokładna ekranizacja "Władcy Pierścieni" nie byłaby możliwa - przede wszystkim musiałoby powstać chyba z 6 filmów, a nie 3. Po drugie - to, co dobrze się czyta, niekoniecznie dobrze by się oglądało. Inni twórcy wzięli sobie do serca tę zasadę i chwała im za to - dzięki temu słynny "Blade Runner" stał się filmem kultowym. Gdyby miał być wierną ekranizacją, dostalibyśmy film dość okrutny, ponury i - powiedzmy sobie szczerze - mało porywający. A przecież powieść jest genialna. Dlatego opisując "Władcę Pierścieni" nie będę skupiał się na tym, czego nie ma czy co zostało zmienione, tylko na tym, co jest. Po kolei, w miarę możliwości. Pewnie część rzeczy opuszczę - cóż, o ekranizacji "Władcy Pierścieni" możnaby napisać książkę. Logiczne, że coś mogę pominąć z braku miejsca.

Shire
To jedno z najlepszych moim zdaniem urzeczywistnień elementów powieści. Na ekranie widzimy Shire jako odpowiednik sielskiej wsi angielskiej. Klimat jest łagodny, a krajobraz cudowny, mimo że kraik obsiedli pracowici hobbici. Sieją tam, budują domy, jednak wszystko w taki sposób, że nie czynią żadnych zupełnie spustoszeń w przyrodzie. Przeciwnie, na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że taki ładny krajobraz nie powstał naturalnie. Podoba mi się też przedstawienie samych hobbitów. Miał to być lud raczej prosty,  lubiący ubierać się na żółto i zielono, o twarzach raczej poczciwych niż pięknych. Tak jest też w filmie. Wyjątkiem jest oczywiście Frodo i Bilbo, ale to postacie symboliczne, hobbici inni, niż wszyscy. Skoro lubują się w przygodach i podróżach - to czy nie mogą też być szczuplejsi i ubierać się nieco inaczej? Nie mam zastrzeżeń.

Pierścień
Jest w zasadzie jednym z głównych bohaterów powieści i filmu, a Jackson zrobił wszystko, by widz zdawał sobie z tego sprawę. Pierścień Jedyny nie jest zwykłą ozdobą, o której jedynie się mówi. Poświęcono mu wiele ujęć, często jego sylwetka wypełnia cały ekran, a kiedy tylko ukazuje się, akcja ulega lekkiemu chociaż spowolnieniu, uwaga wszystkich skupia się na Jedynym - wszystko to sprawia, że widz niemal namacalnie czuje potęgę i moc płynące z Pierścienia. Muszę też pochwalić twórców za efekt zmiany scenerii podczas gdy Frodo korzysta z Pierścienia - ostry, ale lekko rozwiewający się obraz sprawia wrażenie nierealnego, ale jednocześnie widać, że dzięki niemu bohater widzi rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Tym sposobem drobnymi zabiegami sprawiono, że Pierścień zyskuje w oczach widza należny szacunek.

Barad-Dur i Oko Saurona
W powieści nie ma zawartego opisu najpotężniejszej twierdzy Mordoru, twórcy mogli więc popuścić wodze fantazji. Stworzyli miejsce, które wygląda jak spotworniała wersja zamków przeróżnych tyranów z filmów fantasy: jest mroczna, ponura i groźna. Mimo że pojawia się krótko, to jednak na ujęciach widać dziesiątki machin obronnych i setki orków krzątających się po blankach. Barad-Dur wydaje się być twierdzą nie do zdobycia nawet dla największej armii - chyba jedynie głód byłby w stanie pokonać armię orków. Tylko że pozostaje jeszcze władca twierdzy... Oko Saurona stało się elementem rozpoznawalnym w tym samym chyba stopniu, co film. Z powieści wiemy, że Sauron nigdy już nie przyjął postaci, która nie przerażałaby ludzi, a postać ukazana w filmie budzi grozę, nawet kiedy pojawia się tylko na chwilę. Prowokuje do szukania odpowiedzi na pytanie: jak pokonać istotę tak potężną, niemającą ciała, która nie potrzebuje odpoczynku, widzi wszystko i stale czuwa?

Czarni Jeźdźcy
Mieli siać grozę samym pojawieniem się - i faktycznie tak jest. Nigdy nie zapomnę pisków całkiem już dużych dzieci podczas ich pierwszego pojawienia się. Scena, kiedy wyjeżdżają z Minas Morgul, jest jedną z najlepszych w filmie moim zdaniem - złowrogie, niepowstrzymane anioły zagłady, w podartych, wiekowych szatach. Nawet ich konie sprawiają wrażenie demonicznych: na zbliżeniach widać ich dziwne, czerwone oczy i zmasakrowane kopyta. Co prawda z powieści wynika, że jeździli na zwykłych koniach, ale myślę, że Mistrz byłby zadowolony z efektu.

Rivendell
Wiem oczywiście, że to nie Arwerna zawiozła Froda do siedziby Elronda. Jednak film ma swoje prawa, a jednym z nich jest brzytwa Ockhama: nie należy mnożyć bytów ponad miarę. Zastąpienie Glorfindela Arwerną wynikało zapewne z tego, a także z rozwinięcia wątku miłosnego Arwerny i Aragorna, który w powieści odgrywa marginalną rolę. Po prawdzie, scena ucieczki przed Nazgulami zyskała dzięki temu więcej dramatyzmu. I piękna przy okazji. Samo Rivendell - wspaniałe. Widać wciąż wyczuwalną chwałę jego mieszkańców, ale jednocześnie mury są puste - mieszkańców jest coraz mniej. Nawet zanim bohaterowie wspomną cokolwiek na ten temat, widz wyczuwa, że mija epoka świetności elfów.

Moria
Tutaj też nie mam się czego przyczepić. Opisy w powieści są dość enigmatyczne, więc Jackson mógł zaszaleć - i zrobił to po mojemu w pięknym stylu. Mamy majestatyczne kolumny głównej sali, bezkresną przepaść pod mostem, niebotyczne hale sztolni... a przy tym wszystkim idealnie dopasowana muzyka. I jeszcze wyobrażenie orków żyjących w Morii, a różniących się wyraźnie od swoich "naziemnych" pobratymców: ciemniejsze, długowłose, wielkookie i zaopatrzone w broń i zbroje, których kształt przypomina ognie otaczające Balroga. Przemarsz przez Morię to moja ulubiona scena z filmu.

Lorien
Tutaj trochę gorzej. Pomijając drobne różnice z powieścią (mówiłem, że nie na tym się zamierzam skupić), to Lorien jest ukazane ledwie w paru ujęciach i zbyt wiele nie widać. Jednak wizyta w Lorien jest dobrym przykładem na to, co by było, gdyby "Władcę..." filmować z większą zgodnością z powieścią. Wielu widzów uważało tę scenę za niepotrzebnie długą - a przecież w powieści zajmuje więcej miejsca! To, co wyszło znakomicie Mistrzowi jako fragment powieści, niekoniecznie musi dobrze się oglądać - niestety.

To w zasadzie tyle na temat części pierwszej. Jak wspomniałem, pierwsza część jest stosunkowo wierną ekranizacją (stosunkowo podkreślam) i te elementy, które ewentualnie zmieniono, może wyszły na złe "Drużynie Pierścienia" jako ekranizacji, ale na dobre - jako niezależnemu dziełu. Dlatego ocena 9/10 wydaje mi się w pełni zasłużona.

sobota, 10 sierpnia 2013

Hancock - heros niechciany

Hancock

USA 2008
Scenariusz: Vince Gilligan, Vincent Ngo
Reżyseria: Peter Berg

Większość z nas w dzieciństwie, a może i w życiu dorosłym lubiła czytać komiksy o superbohaterach: obdarzonych nadludzkimi cechami herosach, którzy walczyli ze złymi ludźmi. Niejedno z nas pewnie samo marzyło o posiadaniu takich mocy. Ile możnaby wtedy zdziałać! Ale... czy bycie superbohaterem jest faktycznie aż takie "super"?

W Los Angeles żyje człowiek zwący się John Hancock, który jest innego zdania. Jest drobnym pijaczkiem mieszkającym w przyczepie gdzieś na przedmieściach; bohaterem, którego nikt nie chce i nie szanuje, ponieważ każda jego akcja przynosi straty większe, niż sama działalność bandytów. Udaje mu się na ten przykład schwytać furgonetkę z bandziorami, którzy napadli na bank i ukradli paręset tysięcy dolarów - fajnie, tylko że spowodował przy tym straty idące w miliony. Pewnego dnia ratuje przed przejechaniem przez pociąg pewnego specjalistę od wizerunku. Specjalista ten, który właśnie poniósł klęskę swojej kampanii dobroczynnej, jest szczęśliwy i wdzięczny Hancockowi za uratowanie życia i pragnie mu się odwdzięczyć. Otóż proponuje mu, że pomoże mu w poprawie wizerunku i całego życia. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza, że żona specjalisty nie lubi Hancocka i chyba coś o nim wie.

Film jest nieco nietypowym filmem fantastycznym, mającym domieszki i komedii, i dramatu. Przyznam, że spodziewałem się czegoś w klimacie animowanego "Megamocnego", czyli parodii filmów o superbohaterach. Tymczasem "Hancocka" nazwałbym prędzej filmem obyczajowym. Naprawdę. Jest tutaj trochę elementów komediowych (choćby rewelacyjna scena wspomnianego pościgu za furgonetką), ale czasami robi się smutno, a nawet autentycznie wzruszająco. Tutaj wielki plus dla dwojga aktorów: Willa Smitha, który udowodnił, że umie grać nie tylko luzaków ze skłonnościami do wygłupów. Rola Hancocka wymagała od niego zagrania większej gamy emocji i uczuć - moim zdaniem poradził sobie z tym znakomicie. Druga znakomita rola to żona specjalisty od wizerunku, grana przez Charlize Theron. Należy ona do wąskiego raczej grona aktorów, którzy chętnie grywają w filmach spod znaku SF i fantasy, a jej role w tychże filmach niemal zawsze zapadają w pamięć, niezależnie od tego, czy są to produkcje z górnej, czy raczej w tej dolnej półki. Tutaj również nie jest inaczej. Wraz z Willem Smithem stanowią bardzo udany duet, chociaż przyznam, że przez to postać wspomnianego specjalisty jakoś niknie w tle, chociaż jest nie mniej ważna.

Film znakomicie rozprawia się z mitem superbohatera. Wydaje się nam, że taki heros to ma fajnie, wszyscy go kochają... nic bardziej mylnego. Nie wystarczy durny kostium, żeby ludzie cię nie poznali. Hancock o tym wie, dlatego jest samotny. Ma z tego powodu wyraźny problem ze swoimi mocami, zdaje sobie z nich sprawę, ale wie też, że to one są przyczyną jego problemów z ludźmi. Czegokolwiek by nie zrobił, zawsze będzie obcym, wyrzutkiem, różniącym się od innych. Wie, że nigdy nie będzie taki jak wszyscy. Jego moce nie pozwalają mu na nawiązywanie przyjaźni (przyjaciele superbohatera są pierwszymi potencjalnymi ofiarami) ani miłości  - tutaj w grę wchodzą pewne aspekty fizjologiczne, pozwolę sobie nie opowiadać szczegółów, napiszę jedynie, że nie ma w tym filmie nic obscenicznego, jest za to trochę śmiesznie, chociaż może nie dla partnerki bohatera.

Film też można oglądać jako alegorię. Hancock jest typowym "człowiekiem z problemami", chociaż są one nieco nietypowej natury. Przez wiele lat wyobcowany, niechętny ludziom, nieufny wobec wyciągniętej w jego stronę ręki, w końcu się przełamuje. Mimo swojego charakteru wie, że taka szansa może się już nie powtórzyć i decyduje się ją w pełni wykorzystać. Oczywiście nie okazuje tego, przeciwnie - na każdym kroku stara się prezentować typową dla niego arogancję i obojętność. Jednak w pewnym momencie jego odpychające zachowanie staje się pozą, a on sam odkrywa u siebie cechy, których dotąd nie podejrzewał. Możnaby rzec - całkiem udane studium człowieka w trakcie odwyku lub mającego problemy ze sobą.

"Hancock" mnie totalnie zaskoczył. Spodziewałem się lekkiego filmu na sobotni wieczór, o którym szybko zapomnę. Tymczasem okazał się rzeczą nadspodziewanie ciekawą i oryginalnie nakręconą, w paru miejscach wzruszającą i z niebanalnym, moim zdaniem, zakończeniem. Nie jest to może film wybitny. Ale 7 na 10 punktów spokojnie mogę mu dać.

piątek, 9 sierpnia 2013

Noc Oczyszczenia - o potworach zwanych ludźmi

The Purge

USA, Francja 2013
Scenariusz i reżyseria: James DeMonaco


Nie wiem, ilu z Was pamięta film z 1965 r. "Dziesiąta Ofiara". Opowiadał o społeczeństwie, w którym nie ma morderstw ani wojen. Osiągnięto to w ten sposób, że dla czujących potrzebę zabijania zorganizowano ogólnoświatową grę "Wielkie polowanie", której każdy uczestnik może bezkarnie polować i zabijać innych "graczy". Grało się dziesięciokrotnie: pięć razy jako ofiara i pięć - jako myśliwy.

W 2013 r. James DeMonaco, reżyser między innymi całkiem niezłego "Negocjatora", zdecydował się posunąć o krok dalej. W filmie "Noc Oczyszczenia" mamy Amerykę niedalekiej przyszłości. Na wstępie dowiadujemy się, że bezrobocie wynosi poniżej 1%, nie ma przestępstw ani przemocy na ulicach. Jednak raz w roku na 12 godzin, następuje tzw. "Noc Oczyszczenia" zwana też "Czystką", podczas której wszelkie przestępstwa (łącznie z zamordowaniem kogoś) są dozwolone, a służby porządkowe zawieszają działalność - każdy może więc stać się na ten czas i oprawcą, i ofiarą. Beż żadnych konsekwencji: można pobić swojego szefa za to, że pół roku temu pominął nas przy rozdziale premii, można zabić kolegę za to, że ma atrakcyjną żonę, a ją samą zgwałcić. Oczywiście samemu też można stać się ofiarą.

Film zaczyna się kilka godzin przed ogłoszeniem "Czystki". Do domu wraca James, który zrobił majątek na sprzedaży systemów ochronnych. Pozorny spokój burzą wiadomości z radia oraz widoki za oknem: wszyscy przygotowują się do "Czystki". Jedni kupują broń lub samodzielnie ją przygotowują, inni zaszywają się w domach zamienionych w fortece. James należy do drugiej kategorii: jest kochającym mężem i ojcem i nie czuje potrzeby zabijania i przemocy, jednak, jest przekonany o słuszności decyzji wprowadzenia "Czystki". podobny pogląd ma jego żona oraz jedno z dzieci. Drugie natomiast uważa, że "Czystka" jest złem. I właśnie to dziecko staje się przyczyną problemu: w samym środku nocy, kiedy szaleje przemoc, kiedy dookoła biegają ludzie uzbrojeni w noże, pistolety i karabiny, ono dezaktywuje system alarmowy i ratuje przed pewną śmiercią rannego człowieka. Napastnicy próbują więc włamać się do domu Jamesa. Jak się okazuje, i tak mieli to w planach.

"Noc Oczyszczenia" sprawdza się, przynajmniej początkowo, jako thriller. Atmosfera od początku nie jest zbyt sielankowa (chociaż bohaterowie są zaskakująco spokojni i obojętni biorąc pod uwagę, co się zbliża). Potem zaczyna się robić niepokojąco. Zza ścian i okien chronionych pancernymi kurtynami słychać krzyki, strzały, odgłosy rozbijanych szyb, miażdżonych samochodów... Potem, kiedy zaczyna się konfrontacja z napastnikami, jest już nieco gorzej. Wiadomo, że poświęcenie rodziny zostanie nagrodzone pomocą uratowanego, wiadomo też w zasadzie od początku, kto i dlaczego zechce ich napaść. Nie pomagają w niczym chwyty często stosowane, ale skuteczne, jak tajemnicze odgłosy, skrzypienie podłogi czy przewracanych mebli, powodowane przez niewidocznych napastników. Atmosfera niepokoju znika, a najgorsze, że sama "Czystka" staje się tylko wspomnieniem w tle, o którym mówi się ponownie dopiero pod sam koniec filmu. Dosłownie - podczas końcowych napisów słychać relacje dziennikarzy z tego, co się dzieje na ulicach po nocy. Przez ponad godzinę nikt nawet o niej nie wspomina. Czyli -w zasadzie mamy "jeszcze jeden" film o rodzinie napastowanej przez obcych. Coś jak "Nieznajomi", tylko że bez chwil napięcia.

No dobra, nie spodziewałem się sporo po tym filmie... ale nie aż tak mało. Spodziewałem się filmu będącego krytyką bezsensownej przemocy, tolerancji na agresję i poziom przestępczości panującej w Stanach Zjednoczonych (np. w 2009 r. w USA zamordowano 15 tys. ludzi, podczas gdy w całej Europie - jakieś 4 tys., o ilości gwałtów i wykrywalności sprawców lepiej litościwie nie wspominać) oraz na omówienie kwestii budzącego kontrowersję powszechnego dostępu do broni palnej w tym kraju. Tymczasem film jakoś prześlizguje się po tych zagadnieniach; ba, w zasadzie bohaterowie do samego końca właściwie nie zmieniają poglądów. Film w najmniejszym stopniu nie porusza problemu agresji i skłonności do przemocy - twórca filmu okazał się tutaj behawiorystą, który opisuje zachowania, ale zupełnie nie interesuje się przyczynami, które je powodują. Cel, trzeba przyznać, mało ambitny.

A teraz sam koncept. Trzeba być naprawdę naiwnym, żeby wpaść na pomysł, iż można zmienić naturę ludzką do tego stopnia, jak to starano się ukazać w filmie. I że może to przynieść pozytywne skutki, o jakich mówi się we wstępie. Czy ktoś wyobraża sobie, co by się stało, gdyby każdy mógł bezkarnie odwiedzić szefa, którego uważa za złego, i go bezkarnie zabić? Gdyby ludzie próbowali się przynajmniej pobić za to, że ktoś ma lepszy dom, samochód, albo że źle mu z oczu patrzy? Spodziewam się, że już po pierwszej "Czystce" większość struktur państwowych i firm przestałaby funkcjonować. Po kilku - w zasadzie nie istniałoby zorganizowane państwo. I czy naprawdę byłoby możliwe "nagle" wstrzymanie tego po 12 godzinach? Powstrzymanie setek tysięcy ludzi, oszalałych z nienawiści, biegających po ulicach z różnorodnym uzbrojeniem nie wydaje mi się możliwe bez użycia sporych sił policji, a może i wojska. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje u nas w trakcie zamieszek. Aha, jestem też ciekaw, jak wyglądałoby takie zwykłe, codzienne życie na drugi dzień: i nie mam tu na myśli jedynie faktu, że setki ludzi nie żyją, a tysiące są ciężko ranne. A co z życiem sąsiadów, współpracowników, szefów i podwładnych? "Dzień dobry szefie, jak tam po nocy?" "A dobrze, prawie odciąłeś mi rękę, ale za tydzień się zrośnie". Nie, nie widzę tego. A może właśnie o to chodzi? Po takiej nocy zapewne miliony ludzi szukały nowego domu, nowej pracy, kupowały zabezpieczenia... interes się kręci, jednym słowem.

W zasadzie scenarzyście i reżyserowi w jednej osobie udało się tylko jedno - bardzo celnie ukazał przykrą cechę natury ludzkiej, jaką jest fascynacja złem i przemocą. Jak wspomniałem, wielu ludzi w "Noc Oczyszczenia" kryje się po domach, jednak z fascynacją oglądają to, co się dzieje, na ekranach telewizorów za pośrednictwem kamer policyjnych na bieżąco pokazujących przebieg wydarzeń. Mało tego, nawet w podsumowaniu "Czystki" słyszymy podniecenie i radość z tego, co się stało i wdzięczność za to, jak bardzo poszybowały w górę wskaźniki giełdowe. Mieszkańcy USA przyszłości są ukazani jako żądne krwi bestie, które uwielbiają na nią patrzeć, a płaczą tylko wówczas, gdy im samym dzieje się krzywda. I co tu dużo mówić - przypuszczam, że wielu ludzi, również w naszym kraju, byłoby zachwyconych wprowadzeniem takiego zwyczaju. Ale o skutkach aż się boję myśleć.

Podsumowując - "Noc Oczyszczenia" uważam za film przeciętny, z potwornie niewykorzystanym potencjałem. Jako thriller się sprawdza, jako film, że tak powiem, psychologiczny czy socjologiczny - już nie. Sam pomysł na Amerykę przyszłości, choć szokujący, jest jednak nieprzemyślany i chyba można było poświęcić temu zagadnieniu więcej czasu, zwłaszcza że film jest bardzo krótki (trwa zaledwie godzinę i 20 minut, nie licząc napisów) i pewne wątki można było rozwinąć bez szkody dla fabuły, np. wprowadzić rozmowy bohaterów dotyczące "Czystki" i sensu jej istnienia wobec ponoszonych kosztów. Ale i tak mogę mu przyznać 5 punktów na 10. Bo trochę do myślenia jednak daje.

środa, 7 sierpnia 2013

Excalibur - Le Morte d'Arthur

Excalibur

USA, Wlk. Brytania, 1981
Scenariusz: John Boorman, Rospo Pallengberg
Reżyseria: John Boorman


Ciężko jest pisać o filmach legendarnych. Istnieje ryzyko, że zostanie się wyśmianym za opisywanie czegoś, co wszyscy znają. Zagorzali fani gotowi zmieszać z błotem za jedno niepochlebne słowo lub pochlebne w wypadku, gdy sami są innego zdania. Jednak taką sobie rolę narzuciłem, że piszę nie tylko o filmach nowych, ale też starszych, czasem prawie nieznanych w naszym kraju, a w wypadku "Excalibura" - po prostu godnych tego, żeby napisać o nich parę słów. Wiem z doświadczenia, że niewielu młodych ludzi zna i umie docenić kunszt dawnych mistrzów - jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu tego wpisu zdecyduje się obejrzeć ten film, to będę zadowolony. Jeśli jej się spodoba - będę zachwycony.

"Excalibur" to film, który obejrzałem pierwszy raz w wieku dość późnym. Wynika to z faktu, że dawniej nie było internetu, w telewizji go chyba nie emitowano, a znalezienie na kasecie video - graniczyło z cudem. Tak się składa, że właśnie dzisiaj miałem okazję obejrzeć go ponownie. Postaram się napisać o tym filmie w miarę neutralnie - chociaż mogę mieć z tym kłopoty, jako że od dziecka interesowały mnie legendy arturiańskie, czytałem o rycerzach (nie tylko tych mitycznych), interesowałem się dawnymi czasami i jako historyk-amator mam czasami spaczone spojrzenie na niektóre filmy czy pojedyncze sceny.

"Excalibur" to jednak film zupełnie niezwykły, w którym przyczepić się mogę tylko jednej rzeczy: otóż z pierwszych minut filmu widz nie obeznany z mitem arturiańskim dowiaduje się, że Excalibur to właśnie oręż, który Artur wyciągnął ze skały dowodząc swoich praw do tronu. Tylko że to zupełnie nie tak! Dla nieznających mitu: ów "miecz z kamienia" był pierwszym orężem króla Artura, który jednak w pewnym momencie został złamany, natomiast tytułowy miecz (którego nazwa, nawiasem mówiąc, wywodzi się z jego nazwy w języku walijskim, a która brzmi Caledfwlch - nie dziwota, że zmieniono to na Excalibur) wręczyła królowi Pani Jeziora.

Ale to właściwie tyle, jeśli chodzi o wady. Poza tym, "Excalibur" jest dość wierną ekranizacją "Śmierci Artura", dzieła ukończonego w 1485 r. przez sir Thomasa Malory'ego. Przez wzgląd na wierność literackiemu pierwowzorowi twórcy zdecydowali się na pewne ustępstwa na rzecz wiarygodności historycznej. Nie jest moim zadaniem opisywać, co dzisiaj wiadomo, a co się przypuszcza na temat pierwowzorów postaci i przedmiotów opisanych w mitach arturiańskich, ale jako historyk z zamiłowania mogłem zauważyć, że bohaterowie noszą stroje (oraz zbroje i broń) typowe dla epoki późniejszej, niż wskazywałyby np. architektura czy użyte w jednej ze scen batalistycznych machiny oblężnicze. Wynika to z prostego faktu, że pierwowzór Artura żył mniej więcej w VI w., tymczasem znana dziś legenda (a także dzieło "Śmierć Artura") mówi o rycerzach walczących w zbrojach, wiernych ideałom, które powstały tak naprawdę wiele setek lat później, oraz modlących się do jedynego Boga i szukającego Świętego Graala. Siłą rzeczy należało więc film osadzić w epoce późniejszej, niż Artur faktycznie żył.

Muszę jednak zwrócić uwagę na niezwykłą staranność, z jaką twórcy oddali mentalność ludzi z tego okresu, a także pewne legendy związane z epoką. Kiedy kraj pod wodzą Artura zjednoczył się, wszyscy są szczęśliwi, ludzie żyją w dostatku, a ziemia nie skąpi swych płodów. Kiedy Artur popełnia grzech, ziemia angielska zwraca się przeciw niemu - król musi odnaleźć Graala, by ponownie zapanował dostatek. Wszyscy mieszkańcy Anglii są wiernymi chrześcijanami - nie przeszkadza im to jednak gościć między sobą czarodzieja Merlina i słuchać jego rad oraz akceptować faktu jego kontaktów z dawnymi bogami. Merlin jest tutaj postacią symboliczną - jest pośrednikiem między starym i nowym porządkiem, jednak stare w końcu musi odejść, zwycięża nowe. Dlatego pod koniec filmu widzimy jedynie sir Parsifala - ostatniego ocalałego rycerza Okrągłego Stołu i jedynego, który wyznaje już tylko nową wiarę i jest w pełni wierny rycerskim ideałom. Reszta - jako "skalana" dawną, na pół pogańską i nie bardzo "rycerską" mentalnością - musi odejść.

Jedną z najbardziej zapadających w pamięć rzeczy z "Excalibura" są zdjęcia i muzyka. W tym filmie nie ma scen niepotrzebnych. Współczesnego, przywykłego do wartkiej akcji i krótkich scen widza może zdziwić fakt częstych ujęć przyrody lub bohaterów oddających się różnym czynnościom - jednak każda scena jest tutaj ważna, każdy obraz i każda rzecz w otoczeniu mają znaczenie. Zachodzące Słońce symbolizuje koniec pewnej epoki, widok wody oznacza spokój, ale i możliwą przemianę bohatera, który sięgając po miecz musi się w niej symbolicznie obmyć. Takich elementów jest w tym filmie sporo i po prostu trzeba go obejrzeć, by to docenić. A muzyka? Cóż, napisał ja Trevor Jones - i to niech wystarczy.

Podsumowując - "Excalibur" jest wspaniałym przykładem, jak można zrobić dobry film, któremu nie potrzeba wartkiej akcji, ponieważ jego siłą jest klimat, starannie dopracowane sceny oraz doskonała gra aktorów. Film oferuje bardzo rozsądną mieszankę pojedynków, scen wzruszających, tragicznych, a także humorystycznych. Szkoda wielka, że "Excalibur" nie znalazł wielu naśladowców, a kolejne filmy dotyczące mitów arturiańskich niewiele mają wspólnego z tym dziełem - a często jeszcze mniej z samym mitem.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Pozwól mi wejść - rzecz o wampirach i zagubionych ludziach.

Let Me In 

USA, Wielka Brytania 2010
Scenariusz i reżyseria: Matt Reeves

Wampiry to jeden z ulubionych tematów dla filmowców. Ludzie lubią się bać, a do tego opowieści o istocie żywiącej się krwią dotyczą jednego z najstarszych mitów ludzkości. Oczywiście w większości filmów wampiry ukazane są według uznawanej za kanoniczną wersji opisanej w powieści Brama Stokera. Tymczasem mało kto wie, że hrabia Dracula odbiega od pierwotnego wyobrażenia o wampirach. Spośród wszystkich znanych mi filmów o wampirach, to do pierwotnej wersji mitu nawiązuje w największym stopniu film, który spotkał się ze skrajnie odmiennymi opiniami.
Pisanie o „Pozwól mi wejść” przychodzi mi z trudem. Niełatwo się bowiem do tego filmu odnieść i zupełnie inaczej można go ocenić zależnie od tego, do jakiego gatunku zostanie zaliczony. "Pozwól mi wejść" to przede wszystkim nie horror bowiem, ale dramat obyczajowy o chłopcu imieniem Owen, który wkracza w wiek dojrzewania. Który spotyka się z prześladowaniem rówieśników – właściwie bez powodu, chyba że za powód uznamy słowa z powieści „Christine” Stephena Kinga: „W każdej szkole są prześladowani: chłopak i dziewczyna. To ogólnokrajowe prawo”. Który w dodatku nie może sobie poradzić z rozwodem rodziców. I który lubi przebywać sam, aż pewnego razu spotyka na podwórku Abby – dziewczynę w jego wieku, równie zamkniętą w sobie i raczej ponurą. Dziewczyna chodzi po śniegu boso, nie czuje zimna i uwielbia układanki. A jako że indywidualności się przyciągają, młodzi zaprzyjaźniają się (tylko?). Chłopca niepokoi tylko jedna rzecz: dziewczyna mieszka za ścianą, a nocami zza tej że ściany słychać warknięcia, uderzenia…

Film jest też thrillerem: w pierwszych minutach rzecz się dzieje w szpitalu, gdzie przywieziono człowieka, który oblał sobie twarz kwasem, aby go nie rozpoznano. Wiadomo, że zabił on człowieka i spuścił z niego krew. Później widzimy, że jest to ojciec Abby. Ale po co zabija i po co spuszcza krew, tego początkowo nie wiemy. Do tego dochodzą wspomniane odgłosy oraz sceny jadowitej zazdrości ojca o Abby. Film też jest horrorem: stopniowo odsłaniana jest tajemnica Abby i jej ojca. Mamy w końcu już całkiem „typowe” dla horroru klaustrofobiczne sceny w rodzaju przeszukiwania brudnych, zakrwawionych i skrytych w cieniu ciasnych pomieszczeń, w których skrywa się coś złego. Podoba mi się również to, że filmowy wampir nawiązuje nie do powieści Brama Stokera, ale do pierwotnego mitu o wąpierzu: taka istota nie starzała się, musiała pić krew, nie czuła zimna, była wrażliwa na słońce oraz - co bardzo ważne - nie mogła wejść bez pozwolenia do cudzego domu.

Film jest też niebanalną obyczajówką: obserwujemy rodzącą się w Owenie fascynację płcią przeciwną, ujawniającą się w dość prymitywny sposób w podglądaniu sąsiadki, i w bardziej dojrzały w chęci zaprzyjaźnienia się z Abby. Oprócz tego widzimy fantastycznie oddany klimat lat 80.: po ulicach jeżdżą stare samochody, dzieciaki grają w „Pac-mana”, nastolatki noszą koszulki „KISS” i słuchają Davida Bowie z płyt gramofonowych, a w telewizji lecą przemówienia Ronalda Reagana.

I chyba właśnie ta ostatnia cecha sprawiła, że „Pozwól mi wejść” spotkał się z małym zainteresowaniem. W opiniach na różnych forach można przeczytać, że film jest nudny, nic się nie dzieje, muzyka denna (sic!), a całość jakby przeniesiona z poprzedniego wieku. Narzekający ominęli chyba dwa ważne aspekty: pierwszy – film był reklamowany jako horror/melodramat, a więc rzecz bardziej złożona i działająca na zmysły klimatem, a nie litrami krwi, a drugi - fabuła JEST osadzona w poprzednim wieku. To, co uznano za wadę, jest moim zdaniem wielką zaletą tego filmu: klimat, muzyka, zdjęcia, sposób rozwijania akcji przywodzi na myśl dawne horrory i thrillery. Wydaje mi się, że na ten film poszło wiele osób, które realiów tamtych lat nie znają i nie rozumieją. Żeby być złośliwym, napiszę, że dzisiejsza muzyka popularna zupełnie nie nadaje się do klimatycznych filmów.

Mimo wszystko "Pozwól mi wejść" nie jest jednak filmem idealnym. Reżyserem filmu jest ten sam człowiek, który nakręcił „Cloverfield” i podobnie, jak w tamtym filmie, bardzo przyłożono się do zdjęć, scenerii i gry aktorów, ale, delikatnie mówiąc, zaniedbano realizm zachowań w pewnych sytuacjach. Na przykład reakcja Owena po tym, jak dowiedział się prawdy o istnieniu wampirów, jest trochę dziwna: świadczy o tym, że jednak bardzo niedojrzały (nawet jak na swój wiek) i w znacznej mierze jest jeszcze dzieckiem, które zafascynowane jest tym, co nierzeczywiste, będzie się tym zachwycać nawet, gdy przyniesie śmierć. Coś jak dzieciak, który widzi film wojenny i chciałby sam sięgnąć po broń. Jakoś nie pasuje mi to do wizerunku dwunastolatka z tamtych czasów (ostatecznie Owen i ja jesteśmy niemal rówieśnikami) i nawet nie umiem tego do końca wytłumaczyć zauroczeniem Abby. Ja w każdym razie na jego miejscu uciekałbym gdzie pieprz rośnie - przynajmniej na początku. Może potem by mi przeszło... Ojciec dziewczyny w sytuacji zagrożenia również zachowuje się kompletnie irracjonalnie – jak, za przeproszeniem, nastoletni gówniarz, który będzie do ostatniej chwili bronił lafiryndy, która z wyrachowaniem doprowadziła go do grobu. Zupełnie jakby nie miał tych kilkudziesięciu lat, tylko nadal kilkanaście... Zachowanie policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie morderstw też jest dziwaczne: najpierw nie odwiedza domu podejrzanego, a potem idzie do niego sam, bez wsparcia, mimo że wewnątrz może kryć się psychopata spuszczający krew z ofiar.

Film więc jako horror sprawdza się doskonale. Jako film obyczajowy - również. Jako dramat - moim zdaniem cienko. Niemniej, film warto obejrzeć, chociażby po to, żeby poczuć klimat dawnych filmów.Właśnie - rozbawiła mnie do łez opinia pewnego smutnego pana, który uznał „Let Me In” za film zbyt mało amerykański, bo nie ma krwi. Nie, mój drogi, horrory amerykańskie to nie tylko flaki. Tak się kiedyś (i coraz częściej i dzisiaj) kręci horrory w Ameryce, ale dzisiaj docenia to coraz mniej ludzi. Szkoda.

Ja oceniam go na 8/10.

PS. Szwedzki oryginał też oglądałem. Z jednej strony przykre, że Amerykanie sami nie wpadli na pomysł, ale dobrze, że go poprawili. Szwedzka wersja wygląda przy angloamerykańskiej jak prototyp, w którym trzeba było wprowadzić mnóstwo poprawek, żeby produkt finalny działał.