środa, 14 września 2016

Przeprowadzka

Pamiętacie może scenę z filmu "Big Fish" Tima Burtona, kiedy główny bohater rośnie jak na drożdżach i uznaje, że miasteczko, w którym przyszedł na świat, jest już dla niego za małe? Więc właśnie...
Tak się jakoś stało, że od pewnego czasu namawiano mnie, żebym troszeczkę rozwinął skrzydła. Że niby umiem pisać, nie tylko o filmach. I że powinienem coś z tym zrobić. Na przykład własną stronę. Trwało to długo, bo mój antytechnologiczny demon dawał i nadal daje o sobie znać, ale strona już działa. Na razie wygląda ubożuchno, ale działa i nawet podstrony udało mi się założyć. Zanim ktoś się zacznie śmiać, to przypominam, że nie każdy musi znać się na komputerach.
Stronka będzie nie tylko o filmach, ale też o takich różnych życiowych sprawach, czasami poważnych, czasem nie. Ale opisy nadal postaram się regularnie zamieszczać. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, to zapraszam TUTAJ.
Do zobaczenia! Znaczy, mam nadzieję :)

piątek, 19 sierpnia 2016

Girls und Panzer - Japonia zadziwia mnie coraz bardziej

Girls und Panzer

Japonia 2012-2013
Scenariusz: Reiko Yoshida
Reżyseria: Tsutomu Mizushima

Girls und Panzer der Film

Japonia 2015
Scenariusz: Reiko Yoshida
Reżyseria: Tsutomu Mizushima

Japonia na skutek swojej tragicznej roli w czasie ostatniej wojny światowej oraz dzięki wielce złożonej, egzotycznej z naszego punktu widzenia kulturze tworzy filmy z polskiego punktu widzenia dość niesamowite. Dotyczy to zarówno dzieł dramatycznych, jak i osławionych horrorów czy filmów z wielkimi potworami obracającymi w perzynę całe miasta. Odmienność kultury japońskiej widoczna jest jeszcze bardziej w przypadku anime.

Od pewnego czasu jestem wielkim fanem japońskich animacji. Szczerze podziwiam kunszt rysowników, reżyserów i scenarzystów, nie mogę nie zachwycać się kreską - charakterystyczną, pozornie prostą, a jednak oddającą całe mnóstwo szczegółów. Jednakże fabuła to osobna kwestia. Wiele seriali kierowanych do widzów w różnym wieku oddaje - mam wrażenie - pewne prywatne lęki czy fascynacje twórców. Czasami są one dość nietypowe. Co bowiem kierowało ludźmi odpowiedzialnymi za serial "Girls und Panzer", nie mam zielonego pojęcia. Jest to serial tak dziwaczny, że momentami było mi wstyd, że go oglądam, ale tak fascynujący, że nie mogłem przestać.

środa, 10 sierpnia 2016

Legion Samobójców - przereklamowany przeciętniak czy rewelacyjny "zły" film?

Suicide Squad

USA 2016
Scenariusz i reżyseria: David Ayer
Na podstawie komiksów wydawnictwa DC Comics

W 1987 roku w uniwersum DC pojawiła się nowa, nietypowa drużyna wzorowana na słynnej "parszywej dwunastce": Task Force X, znana jako "Suicide Squad". Tworzyli ją przestępcy o przydatnych zdolnościach, którzy zgodzili się wykonywać niebezpieczne, niemal samobójcze misje w zamian za złagodzenie wyroku. Tak się dziwnie składa, że ci źli często zdobywają niekłamaną sympatię, więc nie dziwne, że seria zdobyła popularność, tym bardziej, że stosunkowo dynamiczna fabuła odbiegała nieco od typowych dzieł DC, zachowując jednak typowy dla tego wydawnictwa mroczny klimat.

Nie ma się więc co dziwić, że "Suicide Squad" został uznany za atrakcyjny materiał na film. Od pojawienia się pierwszego zwiastuna wzbudzał on ogromne zainteresowanie, fani zachwycali się z góry nietypowymi, wielce oryginalnymi bohaterami, nową inkarnacją Jokera w osobie Jareda Leto i, cóż, wizją przyzwoitej rozwałki. Bo czego innego można spodziewać się po grupie złożonej z zabójców, świrów i metaludzi (czyli w terminologii DC po prostu mutantów)? Jednak po pierwszych pokazach pojawiły się w sieci gniewne wypowiedzi osób, które spodziewały się komedii akcji z elementami SF w stylu "Deadpoola", a dostały coś znacznie powolniejszego, z niewielką ilością strzelanin, z wątkami nadprzyrodzonymi, momentami silącego się na dramat psychologiczny. Czy słusznie? Moim zdaniem - nie. Przeciwnie, "Suidice Squad" (uparcie będę używał angielskiego tytułu, bo ten "Legion" doprowadza mnie do szewskiej pasji) jest jedną z najlepszych i najwierniejszych znanych mi ekranizacji komiksów.

piątek, 5 sierpnia 2016

Zanim się obudzę - o trudach adopcji

Before I Wake

USA 2016
scenariusz: Mike Flanagan, Jeff Howard
reżyseria: Mike Flanagan

Adopcja dziecka jest ogromnym wyzwaniem dla wszystkich zainteresowanych stron. Rodzicom zależy oczywiście, by wypaść jak najlepiej, a dziecko czuło się w ich domu chciane i kochane. Dziecko boi się, że rodzice go odrzucą, więc jest często przesadnie grzeczne, boi się zrobić cokolwiek nie tak, by nie zrazić do siebie ludzi, u których mieszka. Dlatego ośrodki adopcyjne prowadzą bardzo staranną selekcję i badania. Nie ma nic gorszego, niż oddać dziecko ludziom, którzy na dziecko nie są gotowi. To bowiem musi doprowadzić do tragedii, na przykład takiej, jaka stała się udziałem bohaterów filmu "Zanim się obudzę".

Głównym jego bohaterem jest ośmioletni Cody, wychowanek sierocińca. Dwukrotnie był adoptowany, jednak ostatecznie trafiał z powrotem do sierocińca. Tym razem na jego adopcję decydują się Jessie i Mark - małżeństwo, które dochodzi do siebie po utracie syna, ofiary wypadku podczas kąpieli. W ośrodku adopcyjnym zostają uznani za odpowiednich opiekunów, jednak ostrzeżono ich o tym, że poprzedni opiekunowie chłopca chcieli zrobić mu krzywdę lub zostawili go zupełnie samego, więc trzeba podejść do niego delikatnie. Podczas pierwszej wspólnej nocy Jessie i Mark widzą nagle pojawiające się znikąd motyle, którymi Cody jet zafascynowany. Drugiej nocy widzą swojego tragicznie zmarłego syna, którego zdjęcie Jessie pokazała chłopcu. Oboje rodzice domyślają się, że sny Cody'ego materializują się. Jednak z czasem chłopiec, przytłoczony przez Jessie obsesyjnie dążącą do ponownego ujrzenia zmarłego syna, zaczyna miewać koszmary. Te również się materializują, a wszystkim w jego otoczeniu grozi niebezpieczeństwo.

piątek, 29 lipca 2016

Kochaj i rób, co chcesz - o gustach się nie dyskutuje.. chyba

Kochaj i rób, co chcesz

Polska 1998
Scenariusz: Michał Arabudzki
Reżyseria: Robert Gliński

Do dzisiejszego wpisu natchnęło mnie pewne wydarzenie, którego świadkiem byłem w jednym z wrocławskich klubów. Lokal ten słynie z puszczania szerokiej gamy polskiej muzyki - od klasyki rocka po artystów bardziej współczesnych, w tym również disco polo. I właśnie na godzinny niemal secik disco polo trafili goście przybyli do Wrocławia na Światowe Dni Młodzieży. Byli zachwyceni, mówili, że polska muzyka taneczna jest świetna i lepsza od np. italo disco. Ciekawostka - obcokrajowcy mają o disco polo lepszą opinię niż część Polaków! Zacząłem zastanawiać się, czy faktycznie disco polo zasługuje na złą opinię? 

I jakoś tak przypomniał mi się sympatyczny film "Kochaj i rób, co chcesz" z Rafałem Olbrychskim w roli ambitnego artysty, który przekonuje się, że "rozrywkowe" nie zawsze znaczy "złe". Artysta imieniem Sławomir żyje na Suwalszczyźnie, w zabitej dechami wsi, w której bieda aż piszczy. On sam jest utalentowanym organistą, ale jego talentu nikt nie docenia. Zostaje odrzucony przez konserwatywnych egzaminatorów, miejscowi śmieją się z rozrośniętego ego chłopaka. Pewnego razu, trochę pod wpływem szantażu, gra na koncercie piosenkarki, która zaraz po koncercie próbuje go uwieść. Widzi to narzeczona Sławka, która zrywa zaręczyny. Chcąc uniknąć gniewu jej bogatego i wpływowego ojca, ucieka z domu. Trafia do klubu, gdzie spotyka osoby namawiające go, by sam zaczął tworzyć "muzykę do ludzi", jak to określono. Wreszcie Sławek trafia do stolicy, gdzie ostatecznie decyduje się nagrać płytę ze swoimi piosenkami.