sobota, 16 listopada 2013

Widmo - Muzyka i samochody z fantastyką w tle.

The Wraith

USA 1986

Scenariusz i reżyseria: Mike Marvin

Cudowne lata osiemdziesiąte... Zdaniem wielu muzyka miała przeżywała wtedy swoje najlepsze lata. Gatunki raczkujące w poprzedniej dekadzie teraz przeżywały rozkwit, inne – drugą młodość. Rock, new romantic i coś, co niektórzy złośliwie nazywają „pudel metalem” ze względu na specyficzną fryzurkę artystów wykonujących ten rodzaj muzyki. Muzyka była tak różnorodna i żywiołowa, że żaden film dla nastolatków (i nie tylko) nie mógł się obejść bez solidnej playlisty.

No i oczywiście samochody – zwłaszcza za oceanem. Kryzys paliwowy dał się solidnie we znaki Amerykanom, którzy gromadnie przesiadali się ze swoich krążowników szos do małych, oszczędnych wozidełek (w amerykańskim rozumieniu tamtych lat „mały” i „oszczędny” samochód oznaczał coś wielkości i oszczędności polskiego Poloneza). Powoli jednak zaczynała wracać miłość do czegoś, co w Ameryce nazywa się „muscle cars” - niewielkich, szybkich, stosunkowo niedrogich samochodów sportowych takich jak Ford Mustang, którym Bullit ścigał się po ulicach San Francisco. Amerykanie kochali (i kochają do dzisiaj) takie pojazdy, kojarzą im się z młodością, wolnością... a także z rzeczą tam dość popularną: nielegalnymi wyścigami samochodowymi.

Stosownie do zamiłowania młodych zmieniały się niskobudżetowe filmy klasy „B” - zaliczane do tej kategorii raczej ze względu na niskich lotów scenariusz niż ze względów budżetowych. Nawet miłośnicy taniej rozrywki domagali się bowiem pewnego poziomu. Pod wpływem „Gwiezdnych Wojen” zmieniały się gusta i nie wystarczał już gumowy kostium potwora. Teraz musiały być lasery i futurystyczna technologia. A przynajmniej udająca taką. W tym okresie i pod wpływem takich wymagań powstało wiele filmów klasy „B” dość specyficznych: były wypełnione muzyką, fantastycznymi pojazdami lub sprzętem, a także efektami specjalnymi, które dzisiaj określa się złośliwie jako wykonane w „paincie” - mniej było charakteryzacji, a więcej pseudofuturystycznej techniki oraz różnych efektów świetlnych. W przeciwieństwie do np. filmów lat 50. mniej było odwołań do wspólnego działania, zjednoczenia się przeciw wspólnemu wrogowi; częściej pojawiali się samotni mściciele, którzy wymierzali sprawiedliwość lub bronili ludzi przed zagrożeniem. Do tego nieco golizny, by odwrócić uwagę od paru niedociągnięć oraz by film lepiej się sprzedał i już.

Dobrym przykładem takiego filmu jest „Widmo” będące wręcz wcieleniem wszystkich opisanych wcześniej zasad. Film zalicza się do klasy „B” z racji płytkiej fabuły, bo budżet był dość wysoki jak na owe czasy (niemal 3 mln dolarów). Mamy tu samotnego mściciela – chłopaka imieniem Jake, który został zamordowany przez niejakiego Packarda kierującego miejscowym gangiem, siejącym postrach w okolicy. Packard obsesyjnie pożądał dziewczyny Jake'a, dlatego postanowił pozbyć się konkurenta. Jake jednak powraca w postaci Widma – mściciela w supersamochodzie, który zaczyna mordować członków gangu podczas organizowanych przez nich wyścigów.

Fabuła nie zwiastuje dzieła wybitnego – i tak w istocie jest. Nie da się nawet, jak w wielu produkcjach klasy „B” lat 50. opowiadać o ukrytych podtekstach i nawiązaniach do rzeczywistości zimnowojennej. Ten film to proste kino rozrywkowe. Proste nie znaczy jednak prostackie ani tandetne. „Widmo” z wielu powodów oparło się zębowi czasu. Niebagatelny wpływ ma na to genialna muzyka: mamy tutaj spory repertuar artystów uznawanych dzisiaj za klasyków rocka i innych gatunków: jest muzyka Bonnie Tyler, Billy'ego Idola, Roberta Palmera i wielu innych. Za ciekawostkę można uznać fakt, że ich muzyka , przynajmniej za oceanem, uważana jest za najlepszą do jazdy samochodem. Właśnie, samochody... to drugi najmocniejszy punkt filmu. Nie jestem miłośnikiem czterech kółek, ale na niektóre z tych pojazdów miło sobie popatrzeć. Szczególnie efektownie prezentuje się pojazd tytułowego bohatera. Wbrew pozorom nie został on skonstruowany na potrzeby filmu – jest to tzw. "concept car" firmy Dodge z 1984 roku.

Chyba właśnie ze względu na samochody i świetną muzykę film nawet dzisiaj wydaje się dość świeży. Wrażenie to pryska w kilku jedynie momentach. Efekty specjalne związane głównie z „cudownym” pojawianiem się i znikaniem samochodu "Widma" wyglądają dzisiaj dość śmiesznie. Nawet 30 lat temu nie był to szczyt możliwości technicznych. Czasami chęć użycia futurystycznej technologii ośmiesza ją – na przykład kiedy bohater trzyma w ręku obwieszoną lampkami bron, która okazuje się być jednak zwykłą strzelbą. Po co te lampki w takim razie? Do tego sam pojazd: człowiek myślałby, że taki wóz będzie miał super osiągi i nie wiadomo jakie wyposażenie, a tymczasem w kilku momentach widzimy zupełnie normalny pojazd, do którego ktoś „dokleił” czerwone błyski znamionujące jakąś nieznaną formę energii. Chyba. Do tego jeszcze spotykana i dzisiaj idiotyczna scena: jedzie ciężarówka, dookoła rozróba, wybuchy, z przyczepy sypie się ładunek, a kierowca niczego nie widzi i jedzie, jakby nic się nie działo.

Niemniej muszę przyznać, że pomimo tych kilku wpadek film dobrze mi się oglądało. Film doskonale oparł się zębowi czasu, i jak na film kierowany raczej dla nastolatków lat 80. prezentuje całkiem niezły poziom, w tym również dobrą grę aktorów. Aż sam jestem zaskoczony, że „Widmu” aż 7 punktów na 10 przyznaję. Naprawdę ten film zasłużył sobie na to. Pewnie więcej go nie obejrzę - ale ten jeden raz zdecydowanie było warto.

1 komentarz:

  1. Dziwna sprawa. Z setek filmów obejrzanych na vhs, ten mi umknął. Oczywiście, tytuł znam. Fabułę też kojarzę. Doczytałem teraz obsadę. Reżyserowi udało się zebrać niezłą ekipę. Charlie Sheen, Nick Cassavetes, Sherilyn Fenn, Randy Quaid. Po The Wraith. To była ostatnia szansa na Sheen'a w takim filmie. Po "Widmie" zagrał w "Plutonie", więc jego notowania i gaża ostro podskoczyła w Hollywood.

    OdpowiedzUsuń